poniedziałek, 16 czerwca 2014

"Bez Tytułu" (o zgrozo, oryginalnie tak bardzo) czyli prequel "Kapciucha" - Część I

Dobry.
Niniejszym...
Przedstawiam Wam prequel "Kapciucha"!

Tamtararamtamtamtamtaam!
To tylko początek, ale (o, szczęśliwa nowino!) jest to jak dotychczas (z naciskiem na słowo "dotychczas") moje pierwsze przedsięwzięcie, które udało mi się zakończyć. 
No. Prawie. Ale nie wdawajmy się w szczegóły.

Tak, czy owak, macie stuprocentową szansę, że zakończenie tegoż tekstu ujrzy Światło dzienne! 

*fanfary i w ogóle*

Tak, tak, kraśnieję z dumy, mam nadzieję, że Wy też.
Tak więc... Enjoy! 



Obserwowaliście kiedyś zachodzące słońce?
Moment, w którym dzień zamienia się w noc zawsze mnie fascynował. Potrafiłam siedzieć godzinami na tarasie, z książką w ręku i czekać na tą jedną jedyną sekundę, którą tak łatwo przegapić. W jednej chwili jest jasno, mrugasz, a świat jest ciemniejszy niż był kiedy twoje górne powieki biegły na spotkanie dolnych. Mrugasz raz jeszcze i sam nie wiesz kiedy jest zbyt ciemno by dojrzeć litery na papierze. A z domu wychyla się zatroskany rodzic wołając cię do środka.
Dziś jak zwykle miałam postanowienie, że dostrzegę tą zmianę. Zachód był piękniejszy niż zwykle, czułam więc, że zdarzy się coś wyjątkowego. Ponad wierzchołkami drzew okalającego nasz dom lasu niebo przybrało barwę wyciśniętej pomarańczy, a czym dalej na zachód tym bardziej przypominało już grapefruita, by przy samym słońcu być niewyobrażalnie błękitnym. Chmury przy tarczy słońca były różowe, a czym dalej od niej, tym gęściejsze i ciemniejsze się stawały. Poprzez drzewa na nasz trawnik padały ostatnie promienie słońca, ozłacając źdźbła, nadając głębi oczku wodnemu.
Wiedziałam, że zdarzy się to już za sekundkę, że jeszcze chwila, a świat pociemnieje, słońce już prawie, prawie dosięgało horyzontu…
- Lucy!
Otrząsnęłam się i obejrzałam na tatę, wychylającego się przez oszklone drzwi naszego tarasu. W jego okularach i szybach domu widziałam ostatki słońca.
- Ktoś do ciebie – rzucił tylko i schował się w domu.
Przygryzłam wargę i zerknęłam ostatni raz na zachód.
W holu czekał mój przyjaciel, Jack. Zazwyczaj nie mam nic przeciwko jego odwiedzinom, ale czułam się zdruzgotana, że byłam tak blisko odkrycia tej magicznej tajemnicy, a on jakgdyby nic sobie stoi i czeka na mnie w środku. Uśmiechnęłam się mimo to ciepło na jego widok, co poradzić, ciężko mi ukryć jak bardzo go lubię. 
- Jak zwykle nie wiesz do czego służy telefon, co Lucy White? – wyszczerzył się do mnie odrzucając zbyt długą, blond grzywkę wypracowanym ruchem głowy. Jego błękitne oczy błyszczały od przepełniającej go radości.
          Coś chodziło mu po głowie. Nie byłam pewna, czy chcę wiedzieć co.
       - Ah, Jack, nie przyszło ci do głowy, że nie umiem korzystać z telefonu tylko w określonych momentach i widząc tylko określone numery?
        Zaskoczyłam go. On, zawsze pewny siebie stał teraz przede mną jakby dostał czymś w głowę. Zaśmiałam się.
      - Punkt dla mnie – mrugnęłam do niego i sięgnęłam do kieszeni w bluzie chcąc wyciągnąć komórkę. Faktycznie, dzwonił. Ale co ja zrobię, że kiedy przychodzę ze szkoły najczęściej zapominam, że mam wyciszone dźwięki? – Jakaż to sprawa zaprząta ci głowę tak bardzo, że nie byłeś wstanie poczekać do jutra i musiałeś najść mnie prawie, że już w nocy?
        - Jeszcze się kiedyś odgryzę, zobaczysz. W każdym razie, dzisiaj po szkole tak szybko uciekłaś do domu, że nie usłyszałaś, jak całą paczką postanowiliśmy jutro wybrać się nad jezioro. Rowerami. Potraktować to, jako pożegnanie lata i tak dalej. Wyjazd o 8. Będę około 7:40 żeby cię odebrać i upewnić się, że się nie spóźnisz.
          - Uznajmy to za twój odwet. Zabolało jak diabli. Ja się nigdy nie spóźniam! I nigdy nie zasypiam.

* * *

      Cały wieczór miałam przeczucie, że zdarzy się coś wyjątkowego. Dlatego byłam lekko zawiedziona, kiedy kładłam się do łóżka nie przypominając sobie niczego nadzwyczajnego. Ot, zjadłam z tatą kolację, mama jak zawsze była jeszcze w pracy i wróciła kiedy brałam kąpiel. Przywitała mnie szybkim muśnięciem ustami mojego policzka i wróciła do pracy, zamykając się w swoim minibiurze. Ogarnęłam trochę w kuchni po kolacji, obejrzałam odcinek Dextera i ułożyłam się wygodnie pod kołdrą. Szybko zapadłam w sen mając nadzieję, że nie przegapię budzika.
        Dlatego troszkę się przestraszyłam, kiedy przecknęłam się w ciemności i nie do końca wiedziałam dlaczego. Pokój wydawał się być cichy i spokojny, nie zauważyłam nic niepokojącego. Znaczy. Wiadomo, że mając wadę minus sześć na jednym oku i minus pięć na drugim, ciężko jest cokolwiek dostrzec, ale ten szczegół mogę pominąć. Przejechałam dłonią po twarzy, zgarniając z niej włosy i westchnęłam głęboko. Zamknęłam oczy i miałam zamiar spać dalej, gdy w pokoju rozległ się przerażający dźwięk. Albo mi się wydawało, albo coś właśnie pukało w szybę mojego okna. Mój oddech przyśpieszył, nakryłam się cała kołdrą, udałam, że mi się przesłyszało.
         Słyszeliście kiedyś dźwięk, jaki wydaje szyba, kiedy przejedzie po niej ostry pazur? Ja do tej pory też nie, ale kiedy tylko moich uszu dobiegł ten okropny dźwięk wiedziałam jak powstał. Wiadomo jaki obraz powstał od razu w mojej głowie. Wielki, obrzydliwy potwór, ślini się przed moim oknem czując moją krew, ma skrzydła, długie, pokraczne kończyny, kuca na parapecie, jest czarny i gigantycznym, zakrzywionym pazurem drapię w szybę. Pewnie ma długie, szpiczaste uszy, wystające z monstrualnej paszczy kły, i nos jak nietoperz. Właściwie to jest mieszanką nietoperza, człowieka i czegoś jeszcze, ale wcale nie jest Batmanem i na pewno nie przyszedł mnie uratować.
          Mniej więcej coś takiego przeleciało mi przez myśl. Pukanie rozległo się raz jeszcze.
        Co robi w takiej chwili każdy bohater filmu albo książki? Łapie jakiś dziwny przedmiot i idzie z nim w kierunku okna, ściskając ten przedmiot z całych sił, wyciągając przed siebie drżące ręce. Uznałam, że jak ginąć, to z klasą i nie bez walki. Na trzęsących się nogach wyszłam z ciepłego łóżka i wzięłam z nocnej szafki pilota od telewizora. Po chwili uznałam, że na niewiele się on zda, uklęknęłam więc i spod łóżka wyciągnęłam stary kij bejsbolowy, którego tata miał nadzieję używać ze swoim synem, kiedy mama zaszła w ciążę. A tu taka niespodzianka, urodziłam się dziewczynką. Jakie szczęście, że zamówioną kolejkę elektryczną mógł odesłać z powrotem bez ponoszenia większych kosztów.
        Ruszyłam powoli w stronę okna, na lekko ugiętych kolanach. Stanęłam przed oknem i odgarnęłam zasłonę.
Mogłam założyć okulary.~ Pomyślałam.
Mogłam, przynajmniej widziałabym mojego potwora. A tak to za oknem nie było widać nic. Nic poza małym cieniem. Odskoczyłam wydając jakiś nieartykułowany dźwięk, kiedy cień się poruszył i zaraz zganiłam się za ten przereklamowany odruch. Chwilę potem odrzuciłam kij, bo dostrzegłam w cieniu kota. Gratulacje, Lucy, odgrywasz scenę strachu przed kotem. Parsknęłam śmiechem. Podeszłam do okna i uchyliłam je lekko, żeby wyjrzeć przez nie i obejrzeć z bliska potwora, który nieomal mnie nie zjadł.
Na parapecie istotnie siedział kot. Czarny. Patrzył na mnie przenikliwie swoimi zielonymi oczyma. Nie bardzo wiedziałam, co zrobić dalej, zamykanie mu okna przed nosem nie wydawało się być miłe. Szczęśliwie on widział czego chce, wstał i wmaszerował najzwyczajniej w świecie do mojego pokoju. Zeskoczył na podłogę i dumnym krokiem przeszedł przez pomieszczenie, wędrówkę kończąc na mojej poduszce. Tam usiadł i zaczął się we mnie wpatrywać. Wzruszyłam ramionami, co mogę zrobić, nie wyrzucę go przecież na zewnątrz. Zamknęłam okno i zasłoniłam je.
Kij podniosłam i klęknęłam przy łóżku, żeby odłożyć go na miejsce. Potem wstałam i uznałam, że kot na poduszce może skutecznie zrujnować moje plany względem tejże poduszki, dlatego usiadłam na skraju łóżka i wyciągnęłam do niego dłoń szepcąc „kici, kici”
- Daruj sobie.
Spojrzałam zdziwiona na niego. Czy mi się zdawało, czy on przed chwilą się odezwał?
- Wyprzedzając twe rozważania: tak, umiem mówić - powiedział kot i machnął ogonem.
Potrząsnęłam lekko głową. To MUSI mi się śnić.
- Więc? – spytał. - Zamknij usta, to dziwne jak tak na mnie patrzysz.
Zamknęłam zarówno usta jak i oczy. Kiedy otworzyłam powieki, kot dalej przede mną siedział. Zamrugałam jeszcze kilka razy, w końcu uznałam, że nie ma sensu próbować dalej. Kot ewidentnie nie chciał zniknąć.
- Zapewne myślisz teraz, że zwariowałaś. To możliwe, bo do normalnych ludzi nie mówię - kot polizał się po łapie. - Ale to zostawmy na później. Nazywam się Kapciuch. Moja pani miała dość specyficzne poczucie humoru.
- Miała? – w końcu mogłam się odezwać, mój głos brzmiał nieco dziwnie. Odkaszlnęłam. - Porzuciła cię, czy jak?
- Została zamordowana przez wieśniaków, a dokładnie spalona na stosie, siódmego lipca w 777 roku. Uważali, że była czarownicą. Po części mieli rację, bo tydzień potem zmartwychwstała. Ale kiedy sytuacja powtórzyła się siódmy raz, powiedziała, że ma dość. Przeniosła się do innego świata. Ja wolałem zostać tutaj.
- To, że mówisz nie znaczy, że ci uwierzę. Bez przesady! Nie możesz żyć ponad 1200 lat!
- Nie mogę? Cóż, z pewnością trafiłem na eksperta. Pomijając fakt, że w rzeczywistości liczę sobie dokładnie 7034 lata. Żyłem wcześniej ze swoją panią na kilku innych planetach.
- Jasne, jasne – mruknęłam. – a moja mama lepi kulki z betonu.
Kapciuch zjeżył się i prychnął.
- Śmiesz twierdzić, że kłamię? Ja?
- Łżesz jak pies - dopiero gdy to powiedziałam zrozumiałam sens słów i zaczęłam się śmiać.
- Udam, że tego nie słyszałem. Bo za taką zniewagę mógłbym ci wydrapać oczy. Ale tego nie zrobię, bo potem ciężko mi domyć łapy.
Natychmiast się opanowałam i przeprosiłam.
- Jeśli pozwolisz, powiem ci dlaczego tu przybyłem - oznajmił Kapciuch. - Ale wymagam, abyś mi nie przerywała. Jasne?
- Jak słońce – odparłam.
- Ja myślę. Jak już się pewnie domyślasz, moja pani posługiwała się magią. Nie była jednak czarownicą, bo nie potrzebowała żadnych mikstur ani ropuch. Bardzo chciała polepszać życie istot zamieszkujących światy, na których byliśmy. Sprawiła więc, że raz na siedemset lat mogę spełnić trzy życzenia wybranej istoty. Jeśli tego nie zrobię na planetę spadają meteoryty, ziemia się zapada, wody wysychają, a powietrze z gazu zmienia się w ciecz. Taki skutek uboczny zaklęcia, haha.
- Haha - zawtórowałam przerażona.
- Raz się to zdarzyło. Ale uratowaliśmy mieszkańców tej planety. Musieliśmy uciekać, bo przestali nas lubić. Zupełnie nie rozumiem dlaczego. Jak się pewnie domyśliłaś, właśnie nadszedł czas, kiedy muszę spełnić czyjeś życzenia. Wybrałem ciebie.
Uniosłam brew.
- Niby czemu wybrałeś mnie?
- A czemu nie? - machnął ogonem.
- Nie wiem, ale to takie... Dziwne... – jęknęłam.
- Słuchaj, masz trzy życzenia. Wypowiadasz je, a one się spełniają. Dzięki temu wasz świat się nie kończy. Majowie wiedzieli o mnie i myśleli, że na złość ludziom doprowadzę do zagłady Ziemi. Dlatego ich kalendarz kończy się na 2012.
- A ja myślałam, że im się znudziło, albo, że skończyło się miejsce...
- Przewidzieli Armageddon. Na co po końcu świata kalendarz? – zachichotał. - Uważali, że mnie znają, teraz to się zdziwią. Wracając do życzeń, są pewne zasady. Pierwsza: nie życzymy sobie dwa razy tego samego. Druga: żadnych życzeń, które prowadzą do zwiększenia ilości życzeń. I trzecia, nikomu nie mówisz o gadającym kocie. Nie lubię psychiatryków. Rozumiesz?
Swoją drogą, jeśli nigdy nie słyszeliście chichotu kota, to możecie żałować. Oficjalnie wam pozwalam.
- Rozumiesz? – powtórzył przekrzywiając łeb.
- Tak, rozumiem. Chyba.
- Byłbym zapomniał. Jest jeszcze jedna, ostatnia reguła: uważaj na życzenia, które igrają ze śmiercią. – oho, groźnie. - Teraz, kiedy chcesz powiedzieć życzenie, powtarzasz trzy razy moje imię. Potem mówisz co chcesz. Zrozumiano? - nie czekając na odpowiedź kontynuował - Nieważna pora dnia i miejsce, mówisz i masz.
- I mogę życzyć sobie wszystkiego?
- Prawie. Nie mogą to być życzenia, które doprowadzą do czyjejś śmierci. Bądź też wzywają zmarłych czy zapobiegają jej, prędzej czy później oni i tak umrą, a przywracanie ich światu nie kończy się dobrze.
- W porządku.
- Jak sobie chcesz. Masz może coś do picia? Od mówienia zaschło mi w gardle.
- Jasne, już lecę.
Pobiegłam na dół i nalałam do miski wody, zastanowiłam się chwilę i wzięłam karton mleka. Postawiłam miskę na biurku, a Kapciuch wskoczył na nie.
- Mam jeszcze mleko, jakbyś chciał...
- Koty nie mogą pić mleka - prychnął. - Woda jest dobra.
- To… dobrze? – odparłam lekko zmieszana. W tym kocie było coś onieśmielającego. Może jego wyniosłość i duma. Może jego wiek. A może po prostu to, że mówił.
Napiwszy się, Kapciuch popatrzył na mnie zielonymi oczami.
- Pamiętasz i rozumiesz wszystko?
Przytaknęłam.
- W takim razie, do zobaczenia. Nie śpiesz się, masz prawie rok na wypowiedzenie wszystkich życzeń. Tylko się nie przestrasz, bo może się stać coś dziwnego, gdy je wypowiesz. Śpij dobrze.
Machnął ogonem, otworzył okno (proszę, tylko nie pytajcie jak…) i wyskoczył przez nie. Wypiłam trochę mleka wprost z kartonu i położyłam się do łóżka. Zerknęłam na telefon. Zero powiadomień, godzina 00:00.
- Pomyśl życzenie - szepnęłam w ciemność. - Chciałabym, żeby to nie był sen. I żebym nie zaspała.
Zachichotałam, po czym usnęłam.

* * *

Zaspałam. Zaspałam, zaspałam, zaspałam. Zegarek wskazywał 7:40, a to co mnie obudziło  nie było budzikiem, tylko dzwonkiem drzwi wejściowych. Zerwałam się z łóżka, zbiegłam po schodach i wpadłam na drzwi, fuksem tylko zdążając nacisnąć klamkę. Mniej szczęścia miał Jack, który nie odskoczył na czas. Łypnął tylko na mnie spod grzywy i usiadł sobie na schodkach prowadzących na werandę.
W życiu się tak szybko nie ubierałam. Owszem, nie raz nie dwa zaspałam do szkoły, ale nigdy się wtedy jakoś szczególnie nie śpieszyłam, toć to tylko szkoła. Byłam z siebie całkiem zadowolona, kiedy dojeżdżaliśmy do miejsca zbiórki, przekonana, że moje spóźnienie nie może wynieść więcej jak pięć minut. Oklaski tylko mile mnie połechtały. Gwizdy już nie szczególnie.
- Dziękuję, dziękuję, dziękuję. Jesteście boscy - Jack zaczął się kłaniać i słać całusy do klaszczących.
- Gratulacje! Spóźniła się pani dzisiaj tylko dwadzieścia minut! - zawołała Glen.
Zeskoczyłam z roweru i oparłam się ciężko na kierownicy, przykładając czoło do chłodnego metalu.
- Jakim cudem, skoro jechaliśmy dwie minuty? – zapytałam przednią oponę mojego różowego dwukołowca.
Oklaski zamarły w półtaktu, gwizdy uwięzły w gardłach, a wszyscy patrzyli na mnie i na Jacka z obawą. Podniosłam powoli głowę z ciepłej już stali i wciąż półleżąc na kierownicy spojrzałam na niego. A on tylko uśmiechnął się tym swoim strasznym uśmiechem i przekrzywił głowę patrząc na mnie.
       - Wiesz, moja droga. Oczywiście wiadomo nam, że nie wszyscy umieją liczyć. Dlatego pomożemy ci w rozwiązaniu tej zagadki. Jechaliśmy minut dziesięć. Twoje przygotowania trwały nieco mniej jak półgodziny. Gdzieśtam po drodze upchnij twoją przepychankę z rowerem, kiedy wyprowadzałaś go z garażu. Jestem pewien, że trzydzieści dodać dziesięć daje czterdzieści, a kiedy od 8:20 odejmiemy te czterdzieści minut otrzymamy moment, w którym zadzwoniłem do twoich drzwi. Matematyka, poziom zaawansowany, wiemy i dlatego nie będziemy ci twej omyłki więcej wypominać.
         Otworzyłam usta oburzona. I zamknęłam je na powrót. Zmrużyłam oczy i wyprostowałam się. Wykręciłam rowerem na szosę i ruszyłam przed siebie. Nie bardzo wiedziałam czy jadę w dobrą stronę, pierwszy raz wybierałam się z nimi „nad jezioro” gdziekolwiek ono było. Ale nic nie zmusiło by mnie do odwrotu w tym momencie, musiałam zachować resztki dumy!
           Nic po za krzykiem Glen:
          - Jezioro w drugą stronę, słońce!
Mijając ich starałam się nie roześmiać. Oni zahamowań nie mieli i śmiali się nadal kiedy już dawno wyjechaliśmy z naszego miasteczka. W końcu im przeszło i Glen zrównała się ze mną.
- Na której polanie się zatrzymamy?- spytała nie wiem właściwie kogo, ja byłam ostatnią osobą zdolną jej odpowiedzieć na to pytanie.
- Proponuję tę od wschodu - odezwał się Billie.
- Od wschodu? Billie, czy my mamy kompas we łbie? – żachnęła się Glen - To na którą jedziemy?
- To, że ty nie masz, to już nie moja wina...Wiesz, powinnaś... - zaczął Billie, ale umilkł pod miażdżącym spojrzeniem Glen. Odchrząknął. - Pojedźmy na tę, na której jest tylko jeden stolik i jedno miejsce na ognisko. Przynajmniej będziemy sami.
- Chyba, że będzie zajęta – odpowiedziała mu głosem lepkim od słodyczy. - Wtedy będziemy musieli objechać jezioro dookoła i zatrzymać się na dużej polanie. A wtedy, będzie z tobą kiepsko, kolego.
Na wszelki wypadek Billie pojechał na koniec kolumny. Spojrzałam z przyganą na Jacka, który dusił się za śmiechu. Mruknął ,,No co?" i wycofał się do Billiego. Na jego miejsce wjechała Lily i zapytała o co chodzi.
Na szczęście dla Billiego mała polana była pusta. Po dojechaniu na miejsce ledwo udało mi się zejść z roweru, a kiedy to zrobiłam momentalnie padłam na miękką trawę okalającą jeden stolik piknikowy z ławkami i mały krąg kamieni przyniesionych tu z myślą o ogniskach.
Więc ognisko obowiązkowo się pojawiło.
Kiedy zrobiło się późno, a ogień powoli dogasał uznaliśmy, że możemy powoli wracać. Jezioro dostatecznie już zostało wzburzone przez nasze ręce i nogi, pomost dostatecznie zachlapany, a trawa wydeptana. Powoli wróciliśmy do naszej mieściny i rozjechaliśmy się do domów z poczuciem wielkiej satysfakcji. Jak po każdym razie, kiedy spędzaliśmy ze sobą czas.

*

Jakieś dwa tygodnie później przechodziłam przez park i podbiegł do mnie pies. Mały, kudłaty kundel. Merdając ogonem i wesoło poszczekując skoczył na mnie i próbował polizać po twarzy.
- Król! - usłyszałam.
Odwróciłam się i ujrzałam chłopaka, mniej więcej w moim wieku. Wołał swojego pupila z niejakim zmieszaniem, że ten tak wylewnie okazuje uczucia nieznajomym. Pies posłusznie potruchtał do swojego pana, wciąż merdając ogonem. Chłopak rzucił mu patyka, po czym kucnął wołając "aport". Kundelek z entuzjazmem wykonał polecenie. Potem zaczął się łasić do właściciela. Ten ze śmiechem podrapał go za uchem.
~ Też chce mieć psa.~ pomyślałam.
Jedynym problemem było to, że mama nigdy się nie zgodziła na zwierzę. Wiele razy prosiłam ją chociażby o świnkę morską. Albo w drodze wszelkiego wyjątku chomika. Nawet rybki by mnie ucieszyły. Zawsze na próżno. Nic dziwnego więc, że było to jednym z moich największych marzeń. Marzeń! No jasne! Usiadłam na trawie i wyszeptałam:
- Kapciuch, Kapciuch, Kapciuch – zrobiłam krótką przerwę na zaczerpnięcie tchu. - Chciałabym mieć psa!
Czekałam na coś dziwnego, Kapciuch mówił przecież, że doświadczę czegoś dziwnego. Siedziałam z zamkniętymi oczami. W końcu zrezygnowałam, bo nic się nie stało. I wtedy, poczułam jakbym nie była sama we własnej głowie. Po chwili usłyszałam z lekka pogardliwy głos:
- Psa? Co interesującego jest w psie? Kot, to rozumiem, ale... Pies?
Rozejrzałam się dookoła, poszukując czarnej sylwetki kota.
- Nie rozglądaj się tak. Nie ma mnie w pobliżu ciebie. Jesteś pewna, że nie chcesz kota? - spytał Kapciuch.
- Tak, jestem pewna - szepnęłam. - Jak to robisz?
- Nie wiem. Twoje życzenie zostało spełnione. A teraz wybacz, muszę cię opuścić.
Moja głowa zrobiła się jakby lżejsza i najwyraźniej mój chwilowy współlokator zniknął, a mnie dla odmiany ogarnęło uczucie totalnej dezorientacji. Wstałam i powoli ruszyłam do domu potrząsając co jakiś czas głową.
Zatrzasnęłam za sobą drzwi, rzuciłam klucze na półkę, zrobiłam krok i ledwo utrzymałam równowagę kiedy moja noga napotkała przeszkodę. Przeszkoda chwilę później się poruszyła i z oburzonym mruknięciem zniknęła w drzwiach salonu. Oparłam się skonfundowana o drzwi i zaczęłam rozważać ucieczkę.
~ Weź się w garść, Lucy White.~ Zganiłam się i ruszyłam powoli przez korytarz.
W salonie było pusto. Zajrzałam pod stolik, szafę. W końcu klapnęłam zmieszana na sofę. Popatrzyłam raz jeszcze po pomieszczeniu, zatrzymując wzrok na fotografiach. I wtedy coś dotknęło mojej kostki.
Właściwie ciężko mi powiedzieć jak, ale udało mi się odtrącić stopą to co mnie dotknęło równocześnie podskakując i podwijając nogi na kanapę. W efekcie siedziałam z kolanami przy brodzie, dłońmi przytrzymując moje długie włosy, tak żeby nie opadały na twarz. Czasami owszem jest to przydatne, ale nie w momencie kiedy chcę czegoś dojrzeć. Zwłaszcza jeśli chwilę temu coś mnie zaatakowało.
Wyjrzałam poza kant tapczanu i uznałam, że musiało mi się przewidzieć. Na podłodze siedział lekko zdziwiony, puchaty szczeniak. Zauważywszy mnie wstał i zamerdał niezgrabnie ogonem, nie panując w tym momencie nad resztą ciała i w efekcie skończył z powrotem na tyłku. Poderwał się zaraz szczęśliwy i nie zważając na poprzednią porażkę panowania nad swoim małym ciałem podjął próbę wskoczenia do mnie na mebel.
Uradowana sięgnęłam po niego i wciągnęłam go do siebie. Posadziłam go na kolanach, ale on wcale nie chciał trwać na nich w bezruchu. Spróbował polizać mnie po twarzy, ale w międzyczasie zmienił zdanie i otworzył z mlaśnięciem paszczę łapiąc długie kosmyki moich włosów. Zaśmiałam się tylko i przytuliłam mocno do siebie.
- Mój Lelek - wyszeptałam.
Nie wiedzieć czemu od razu wiedziałam jak go nazwać. Ot, wzięłam go w ramiona i już został Lelkiem. Wstałam wciąż go tuląc i zabrałam na górę, do swojego pokoju. Drzwi były uchylone. Z uniesionymi brwiami pchnęłam je łokciem otwierając je szerzej. Na wykładzinie okalającej łóżko stało kilka kartonów ułożonych w stos. Na samym szczycie leżała karteczka:
"Kochanie, pomyśleliśmy, że jesteś już na tyle duża, że możesz mieć psa. Chcieliśmy ci go dać osobiście, ale mieliśmy ważną sprawę do załatwienia w mieście. Będziemy koło północy w domu. W lodówce masz obiad. Mama".
           - A niech mnie - powiedziałam i otworzyłam pudła.
W środku było czerwone posłanie, szelki i smycz w tym samym kolorze,  dwie miski i paczki jedzenia. Znalazłam też parę zabawek. Lelek tymczasem wdrapał się na moje łóżko i ułożył wygodnie. Rozłożyłam na podłodze jego nowe posłanie i przeniosłam go na nie. Pisnął obrażony i pokracznie wrócił na łóżko. Westchnęłam i znowu go przeniosłam. Popatrzył na mnie oburzony i już miał wrócić, gdy ziewnął i usiadł na posłaniu. Po chwili położył się i zasnął. Usiadłam obok niego, głaszcząc jego misiowy łebek. Byłam wykończona dniem pełnym wrażeń. Obecność kogoś innego w twoim umyśle nie jest czymś mało obciążającym. Sama nawet nie wiem kiedy zasnęłam.

*

Obudził mnie dźwięk otwieranych drzwi. Popatrzyłam z półprzymkniętymi powiekami na nie. W progu stała uśmiechnięta mama. Podniosłam się powoli znad posłania Lelka i poczułam jak ściskające go ręce powoli przestają być odczuwalne. Potrząsnęłam nimi.
- Hej – szepnęła moja rodzicielka. - I jak ci się podoba twoja nowa przyjaciółka?
- Przyjaciółka? - przetarłam oczy. - Myślałam, że to on.
- Ona - uśmiechnęła się szerzej. - Jak ją nazwiesz?
- Jako on miała być Lelkiem. Muszę się teraz zastanowić. –burknęłam lekko obrażona. Dlaczego miałabym nazywać inaczej Lelka. To tak jak powiedzieć do przyjaciela nazywającego się Adam: „Cześć, od dziś jesteś Stefan.”
- Dobrze, jadłaś coś? – spytała tylko.
- Nie - odpowiedziałam.
- A jesteś głodna?
- Nie jestem.
- Okej, dobranoc. - ucałowała mnie i wyszła z pokoju, cicho zamykając drzwi. Ah ta troska i dbanie, żeby twoje dziecko zdrowo się odżywiało. Wstałam i padłam obolała na łóżko. Nigdy nie zasypiajcie w dziwnych miejscach i pozach.

*

Zbudził mnie pisk. Stęknęłam i przewróciłam się na drugi bok. Znowu pisk. Podniosłam głowę z poduszki i spojrzałam w kierunku, z którego dobiegały piski. Lelek siedziała pod drzwiami węsząc raz na jakiś czas w szparze pod nimi. Jęknęłam i zwlekłam się z trudem żegnając mojego wygodnego przyjaciela. Otworzyłam drzwi, a Lelek momentalnie przez nie wybiegła i ślizgając się przebiegła korytarz. Zeszła pokracznie z pierwszych trzech stopni i właśnie wtedy postanowiłam, że muszę wkroczyć do akcji, zanim sturla się z reszty. Podniosłam ją i wsadziłam sobie pod pachę. Otworzyłam  drzwi frontowe i zeszłam z werandy stawiając moją nową współlokatorkę na trawniku. Poczochrałam włosy i ziewnęłam szeroko. Otuliłam się rękoma i przymknęłam oczy. Ranek był dość chłodny, ale słońce dawało nadzieję na ciepły, może nawet gorący dzień. Ziewnęłam raz jeszcze.
- A gdyby tak dla odmiany w końcu się nie spóźnić, Lucy White? – wesoły okrzyk Jacka wytrącił mnie z zachłannych ramion ostatek snu. Potrząsnęłam głową i spojrzałam na niego.
- Co masz na myśli, Jack? – mruknęłam nieco podejrzliwie.
- Hm. Może się myliłem, w końcu opuściłaś już dom. Może właśnie wybierałaś się do szkoły? Nie rozumiem tylko dlaczego w różowych, puchatych kapciach. –Roześmiał się serdecznie.
Spuściłam wzrok  na swoje stopy. Czy on zawsze musi zauważać takie rzeczy? Westchnęłam.
- Oh, mój drogi, masz kolejną anegdotkę do opowiadania Glen. Tylko, że to co widzisz nie do końca mieści się w twych wyobrażeniach. Poznaj moją przyjaciółkę, jeszcze bezimienną… - wskazałam dłonią na miejsce, gdzie jeszcze chwilę temu znajdował się mój pies.
Nie było go tam. Rozejrzałam się przerażona dookoła.
W momencie kiedy ją złapałam, Lelek zdążyła już pokonać dwa pierwsze schodki werandy Millerów, po przeciwnej stronie ulicy.
Zaniosłam ją z powrotem do swojego ogródka, wspięłam się po stopniach prowadzących do domu i wręczyłam ją siedzącemu standardowo na nich Jackowi.
Wbiegłam na górę i jakieś dwadzieścia minut później byłam mniej więcej gotowa do drogi. Wychodząc z pokoju spojrzałam na regał z książkami. Jak wrócę będę musiała poszukać w nich jakiegoś odpowiedniego imienia.

*

Wróciłam do domu szybciej niż kiedykolwiek. Zazwyczaj zostawałam chwilę po lekcjach, czekałam na wszystkich znajomych i razem gdzieś szliśmy, ewentualnie snuliśmy się bez większego celu po ulicach i parkach naszego miasteczka. Tego dnia jednak uciekłam wszystkim, nie odpowiadając na zaczepki i pędem pokonałam dystans dzielący mnie od domu. Po wejściu do środka rzuciłam plecak w holu i wyniosłam Lelka na dwór. Znowu się zagapiłam, a ona po załatwieniu tego co miała powędrowała do domu i po chwili zadowolona była w drodze do kuchni. Złapałam ją w biegu i zaniosłam do pokoju. Posadziłam ją na łóżku i klapnęłam obok.
- Trzeba cię jakoś nazwać - powiedziałam do niej.
Spojrzała na mnie poważnie. Rozejrzałam się po pokoju. Moją uwagę przyciągnął regał z książkami. Taki był mój początkowy plan. Podeszłam do niego i zaczęłam czytać tytuły. Kilka ulubionych wyciągnęłam i trzymałam w objęciach. I wtedy zauważyłam cienką i niepozorną czarną okładkę.
- Carrie – przeczytałam ukontentowana.
Odłożyłam w nieładzie trzymane książki i wróciłam do Lelka. Usiadłam obok niej i poczochrałam ją za uchem.
- Co powiesz na Carrie? – spytałam zamyślona.
Liznęła mnie ciepłym językiem po dłoni. Uznałam to za pozytywną odpowiedź. Uśmiechnęłam się.
- Od teraz, moja droga przyjaciółko, zwać cię będziemy Carrie. Noś to imię z godnością i spraw, abyś napawała mnie dumą ilekroć na ciebie spojrzę.

*

Mijające tygodnie nie zasługiwały na zwracanie na nie uwagi. Ot, szkoła, dom, Carrie, Glen, Jack i Billie. Dni jak zazwyczaj. Spędzaliśmy je razem, włócząc się i robiąc niewiele. Z tą małą różnicą, że uczyliśmy Carrie sztuczek i komend i więcej czasu przebywaliśmy na zewnątrz, wiadomo, że psy muszą dużo biegać. Carrie uwielbiała nas wszystkich, po chwili każdego z nas traktowała prawie że na równi. Oczywiście, że ja byłam tą najlepszą panią. Zaraz po mnie była Glen. Jej osobista ciotka od rozpieszczania.
Właśnie. Glen. Znałyśmy się od zawsze. Nie pamiętam dnia, w którym nie spotkałyśmy się, albo chociażby nie rozmawiałyśmy. Przez nią regularnie odbywałam poważne rozmowy o pieniądzach, ich wartości i rachunkach telefonicznych.
Nasza przyjaźń zaczęła się niepozornie. Ot, dwójka kiwających się na boki, rozczochranych dzieciaków. Ona najczęściej była do tego zaśliniona i lubiła tłustymi piąstkami rozbijać wszelkie twory w piaskownicy. Z czasem nauczyła się wyładowywać energię w kreatywniejszy sposób. Płoty, mury, każdy skrawek pustego miejsca, między innymi tył tablicy witającej przyjezdnych, w końcu nic nie zdołało uciec przed puszkami farby.
Na początku to co pomiędzy nami rosło, podtrzymywało przedszkole. Potem nasze mamy uznały, że też się nawzajem lubią i odtąd popołudniami demolowałyśmy nasze domy. Na zmianę, zależy gdzie się spotykały nasze rodzicielki. A w przedszkolu byłyśmy postrachem wśród chłopców i omijali nas szerokim łukiem. A później trafiłyśmy do szkoły. Cóż. Ja jestem specyficzna. Glen jeszcze bardziej. Dawałyśmy sobie radę we dwie, a całą resztę dzieciaków przez jakiś czas nam dokuczała, ale kiedy zauważyły, że jakoś tak nie bardzo nas to rusza; przestały. Kilka lekcji dzieliłyśmy. Ławki w ich trakcie już nie. No, może na początku. Po jakiś czasie karnie nas rozdzielano. Choć nasze wybryki nie były jeszcze wyszukane. Po prostu dużo rozmawiałyśmy, a mało robiłyśmy.
Potem było już tylko lepiej. Poszłyśmy do innej szkoły, inne otoczenie, inne możliwości. Nasze gusta się wysublimowały. Budynek szkolny był w naszym mniemaniu najlepszym miejscem do czytania krwawych horrorów i mang. W następnych latach ja przerzuciłam się na fantastykę i SF. Pratchett, Tolkien, Star Wars, a do tego niekończący się maraton Naruto i One Piece. Ewentualnie Bleacha, albo Dragon Balla. Potrafiłyśmy godzinami rozmawiać o ostatnio czytanych książkach, rozkładając na części pierwsze ich treść i wymieniając się poglądami na temat ulubionych bohaterów. Albo siedzieć słuchając muzyki, czy delektując się ciszą, której nie miałyśmy ochoty przerywać.
Oczywiście, nie da się przejść przez szkołę nie zderzając się z innymi ludźmi. Jedni wpadając na ciebie prychają oburzeni, drudzy patrzą spod uniesionych brwi, a niektórzy… Niektórzy przyklejają się do ciebie i nie chcą odpaść. Taki był Jack. Zderzył się ze mną i trzymając dłonie na moich ramionach śmiał się radośnie, próbując obracać nas w rytm tylko jemu znanej melodii. Nieważne czy od początku chciałam zrzucić jego palce ze swoich ramion, nie pozwolił na to i koniec kropka. Chwilę potem odnalazł nas Billie. Czy to my odnaleźliśmy jego. Co za różnica? W momencie kiedy wszyscy wkoło cieszą się do plastikowych gwiazdek na ekranach ciężko natrafić na kogoś o podobnych zainteresowaniach. W sensie, takich, które nie dotyczą roznegliżowanych byłych gwiazdek Disney’a i sztucznych piersi. I zapładniania się nawzajem. Nam udało się zgrać w parę osób i miast zaliczać kolejne imprezy, spędzaliśmy czas kłócąc się o to, czy przypadkiem Frodo nie był lekko ciapowaty (był), albo czy Aragorn jest lepszy od Legolasa (absolutnie). Czy też rozważaliśmy możliwość dostania się na Świat Dysku, w momencie kiedy Wielki A’Tuin będzie przelatywał wystarczająco blisko Ziemi. Czy może lepiej poczekać na powstanie Zjednoczonej Federacji Planet i wybranie się w kosmos? Albo, co jest gorsze: Zmierzch, czy Dom Nocy? Pamiętam jak oszaleliśmy na punkcie powieści Ernesta Cline’a. Jak wszyscy narzekaliśmy, że urodziliśmy się trochę za późno, że podczas gdy nasi rodzice mieli możliwość pójścia na koncert Gunsów w ich najlepszych czasach, oni po prostu nie mieli ochoty.
Miałyśmy z Glen wszystko. Rozumiałyśmy się jak nikt. Słowa? Po co nam one, słowa są dla amatorów. Biorąc do ręki telefon z chęcią odbycia z nią rozmowy, wystarczyło, że nacisnęłam zieloną słuchawkę i słyszałam jej głos. Wymieniałyśmy spojrzenie i już miałyśmy plan na najbliższy tydzień, ewentualnie dwa, już wiedziałyśmy co odpowiedzieć na zadane pytanie. Pyk, i już wiem, że jadąc do szkoły jej rower wypadł z trasy, następnie odpadło mu koło, a kiedy Glen leżała w rowie, z lasu wybiegł wielki pies i to na nim właśnie udało się jej dotrzeć do szkoły. Bo rower był oczywiście nie do użytku, taki bez koła i to jest właśnie powód naszego spóźnienia, proszę pani.
Nie wyobrażałyśmy sobie rozłąki dłuższej niż mrugnięcie powiek.
Aż tu nagle bam, a ona leży w otoczeniu pikających urządzeń, bez świadomości, a lekarze z każdym dniem na nowo łapią jej uciekające życie.
Takie… Sprawiedliwe, nieprawdaż? O, patrz; ktoś kogo pokochasz nad życie, spędzisz z nim mnóstwo szczęśliwych chwil, dla tej osoby przyjąłbyś kulkę na klatę. Ups. Śpiący kierowca czarnego auta, podczas gdy on wraca rowerem do domu.
No cóż. Widocznie takie rzeczy się zdarzają.

* * * 

              

wtorek, 7 stycznia 2014

"Kapciuch" - Rozdział trzeci.

Dobry dzień. 
Od teraz zaczyna się największa zabawa, Panie i Panowie. 
Bo to są ostatnie i najnowsze zapiski "Kapciucha".
Cóż. 
Będę się starać dorzucać po kawałku raz w tygodniu, w końcu od początku było takie założenie. c: 
Życzcie mi szczęścia! 




Rozdział 3

            -Wyruszyli w nocy, żeby nie wzbudzać sensacji. Chłopak patrzył przez chwilę za swym domem i ponoć uronił łzę, ale był dumny, że w końcu wyrusza w świat i zostanie sławnym rycerzem.
            -Ale dziadku, pseciesz wtedy nie było rycerzów!
            Dziadek mlasnął i spojrzał z bezzębnym uśmiechem na wnuczkę.
            -A czemu tak uważasz, kruszynko?
            -No bo... No bo... Krocek mi tak pofiedział! I on mófił, że te wfsystkie rycerze to bujda, jego tatko mófi, że rycerzów nigdy nie było! Bo ftedy fsyscy patseli tylko na siebie i nie fiedzieli co to honor, a po za tym, to nikt nie był dobry.
            -I tu w poniekąd masz rację, kruszynko. Były to dość barbarzyńskie czasy, ale z dobrocią wśród ludzi robiło się coraz lepiej. W każdym razie, Erjon chciał zostać rycerzem, bo słyszał o nich wiele dobrego. Zresztą rycerze sami opowiadali o swoich wyczynach, żeby zdobyć poparcie wieśniaków. Zazwyczaj sprawiali więcej kłopotów aniżeli dobrego. Na przykład przychodzili do karczmy i upijali się, a w pijackim amoku niszczyli wszystko dookoła. Ale o tym się nie mówiło, wolno było tylko ich wychwalać, tak więc Erjon uważał, że zostanie rycerzem, to najlepsza rzecz jaka może go spotkać. Oprócz zostania królem oczywiście.
            Starzec zrobił krótką pauzę na oddech, po czym kontynuował.
            -Jak już mówiłem, wyruszyli po zmroku i skierowali się na wschód, ku granicy, którą mieli zamiar przekroczyć i powędrować do mistycznego Drzewa. Była to droga długa i ciężka, ale młodzieniec dzielnie dawał sobie radę i, jak podają źródła, ani razu się nie skarżył.


* * *

            -Psze pani! Ja już nie mogę! Zaraz umrę! Przerwa? – dodał z nadzieją w głosie Erjon.
            Nie czekając na odpowiedź, padł na ziemię i leżał z policzkiem przy ziemi dopóty, dopóki Mercinda nie podeszła do niego. Wtedy uniósł lekko głowę, by położyć ją zaraz z powrotem.
            -Erjonie, postój był dziesięć minut temu. Wstań natychmiast – rzekł znużony Kapciuch.
            -Nie mogę – mruknął chłopak. – Nigdzie dalej nie idę.
            -Po co go zabrałaś? – spytał półgębkiem Kapciuch Mercindę.
            -Bo jest potrzebny – westchnęła magiczka, po czym przemówiła donośnym głosem – Erjonie, masz natychmiast wstać i iść dalej, Jeśli nie, zostawimy cię tutaj.
            -Bardzo dobry pomysł – wymamrotał Erjon w piach.
            Kapciuch pokręcił łbem i odszedł sfrustrowany parę kroków, Jjik poleciał za nim. Od jakiegoś czasu nie odstępował kota na krok i robił wszystko co on. Mercinda tymczasem namawiała Erjona do dalszej drogi. Kot usłyszał zbliżającego się człowieka. Prychnął ostrzegawczo na magiczkę, a ta wstała z kucek i spojrzała na drogę, po której toczył się wóz ciągnięty przez starą kobyłę. Na koźle siedział siwy mężczyzna pogwizdując cichutko. Na widok leżącego na ziemi chłopca zatrzymał konia i zeskoczył z wozu. Podszedł do magiczki i pokłonił się.
            -Witam szanowną panią, w ten piękny dzień. Z chłopakiem wszystko w porządku?
            -Tak. Po prostu się zmęczyłem, a ci sadyści ciągną mnie nie wiadomo gdzie. Chcę umrzeć – wybąkał Er.
            Mężczyzna uniósł brwi i odchrząknął.
            -Pan się nie przejmuje, ja tu sobie poleżę – mruczał chłopak.
            Mercinda w międzyczasie grzebała w pakunkach, które miał na plecach Erjon. Skonsternowany starzec stał obok nie bardzo wiedząc co ma uczynić. Pochylająca się przed nim kobieta nie zwracała na niego uwagi, a leżący obok młodzieniec wydawał dziwne odgłosy. Dodatkowo wszystko obserwował czarny kot z zielonym ogonem, którym co jakiś czas machał.
            -Czy szanowna pani... – zaczął, ale Mercinda przerwała mu unosząc dłoń.
            Zamarł z otwartymi ustami, po czym zamknął je. Wziął oddech i ponownie otworzył usta, ale magiczka ponownie uniosła dłoń, uciszając go. Wreszcie znalazła to, czego szukała. Podniosła przedmiot i przyjrzała mu się pod słońce. Trzymała mały flakonik, ze złotą, oleistą cieczą w środku. Dopiero teraz odwróciła się do starca.
            -Czy byłby pan skłonny odsprzedać nam ten wóz i klacz?
            Mężczyzna zdjął słomiany kapelusz i podrapał się po przerzedzonych, siwych włosach.
            -Nie bardzo. Nie. Zdecydowanie nie.
            -Nawet za spełnienie marzeń? – magiczka zaczęła bawić się flakonikiem.
            -Słucham?
            -Zawrzyjmy umowę, panie...?
            -Zygaj.
            -Panie Zygaj. W tym oto flakoniku znajduje się esencja szczęścia. Działa dość krótko, jakieś dwadzieścia cztery godziny. W tym czasie, wszystko co pana spotka będzie miało dobry skutek. Na przykład pański pies wykopie w ogródku skarb trzech pokoleń książąt, mieszkających za morzem, który to skarb został zrabowany i przywieziony przez piratów, którzy zakopali go i osiedlili się w tych krainach. Kto to wie? Co pan powie?
            Zygaj popatrzył na Mercindę, poczym wybuchnął charczącym śmiechem gruźlika. W oczach stanęły mu łzy, które otarł wierzchem spróchniałej dłoni. Pokręcił głową, odwrócił się na pięcie i wdrapał na kozioł. Złapał wodze i zaciął nimi starą klacz. Nie oglądając się pojechał drogą dalej, najeżdżając kołem na nogawkę spodni Erjona. Chłopak wrzasnął przeszywająco. Klacz stanęła dęba, pękły sparciałe sznury, którymi była przywiązana do wozu i pogalopowała przed siebie. Mercinda skinęła głową na Kapciucha, który pobiegł za koniem. Oniemiały Zygaj patrzył za nimi, a pod wozem Erjon wył i trzymał się za nogę.
            -To jak będzie, panie Zygaj? – spytała magiczka z zadowolonym uśmiechem.
            Pół godziny później Erjon leżał szczęśliwy na sianie, a Mercinda łagodnie powoziła, w ogóle nie zacinając spokojnej już klaczy. Kapciuch truchtał obok wozu, a Jjik siedział mu na łbie, rozwierając szczękoczułki w zachwycie. Zygaj gładził się po kasztanowych lokach idąc w stronę pobliskiej wsi. Krok miał sprężysty jak za dawnych czasów, a czyste ubranie wyglądało na kosztowne. Zaczynał nowe życie i bardzo mu się to podobało.

* * *

            -Jak to, co mi się stało. Nic mi się nie stało, o czym ty mówisz, braciszku?
            Siedziała na różowym łożu gładząc małego, paskudnego pieska. Obok leżała taca z czekoladkami i owocami, a stojący nieopodal lokaj był w gotowości, aby podać jej któryś ze smakołyków prosto do ust, żeby się nie ubrudziła.
            -Och, mówisz o tym wszystkim? – machnęła niedbale ręką, ogarniając gestem całą komnatę i wszystkie kosztowności, które w niej były. – To nic, przecież dalej jestem sobą. – rzekła i otworzyła usta. Lokaj natychmiast włożył do nich winogrono. – Pffe! Z pestkami!
            Wypluła rozbebłany owoc na dywan i wdzięcznie odsunęła nogi, żeby przypadkiem nie dotknąć tego świństwa.
            -Cali, czy ty naprawdę nie widzisz co się z tobą stało? – zajęczał Caleb.
            -Właśnie, że nic mi się nie stało – wysyczała Caliana przez zaciśnięte zęby.
            -Nie, wcaale. Siedzisz tylko zadkiem okrytym jedwabną suknią, wartą całą wieś, na jedwabnej pościeli, spoczywającej na wielkim łożu z baldachimem, co warte jest tyle co pół kraju i wżerasz winogronka podawane przez jakiegoś fagasa. Ależ oczywiście, jesteś taka jak zawsze. Taka jak wtedy, kiedy biegałaś w szacie ze starej poszewki na poduszkę i kartonowych butach i tarzałaś się w końskim łajnie w slumsach. Zero zmian, o czym ja w ogóle mówię? Ale ze mnie idiota, coś mi się musiało pokręcić. Jak mogłem palnąć takie głupstwo? Kurde, naprawdę tego nie rozumiem. Może za długo siedziałem w słońcu? Może zwariowałem? A może po prostu mam cholerną rację?! – krzyknął w końcu wściekły.
            -Naprawdę nie uważam, że musisz przy mnie używać tak brzydkich słów, braciszku. To jest bardzo nieładnie z twojej strony, powinieneś się wstydzić. A ja powinnam kazać cię wyrzucić i wychłostać, ale dam ci jeszcze jedną szansę. Bądź co bądź, jesteś moim bratem – rzekła Caliana i zgromiła brata wzrokiem. – Jednakowoż, naprawdę, jest to twoja ostatnia szansa na przeproszenie mnie.
            -Za co? – na widok miny Caleba lokaj parsknął, lecz szybko się opanował.
            -Och, nie udawaj, że nie wiesz.
            -Ale kiedy naprawdę nie wiem.
            -Kłamiesz!
            -Nie – odparł spokojnie Caleb.
            -Jak śmiesz?! Przychodzisz tu, obrażasz mnie, mimo że nigdy mnie nie przeprosiłeś za cokolwiek co zrobiłeś! Jak mogłam ci przez te wszystkie lata wybaczać?! Wynoś się! Nie mogę na ciebie patrzeć! Jesteś okropny! Caleb, ty draniu! Siadaj na miejsce! Co ty ro...?!
            Lokaj odskoczył przed idącym Calebem, i wiedział, że to był błąd. Chłopak podszedł do siostry i strzelił ją w twarz.
            -USPOKÓJ SIĘ! – ryknął i potrząsnął nią za ramiona.
            Służący rzucił się na pomoc, wyciągając przed siebie ręce. Jednak nim zrobił dwa kroki Caleb odsunął się, trzymając się za policzek. Siedząca na łożu Caliana patrzyła na wszystko pustymi oczyma. Otrząsnęła się jak z transu i złapała za policzek. Wstała i podeszła do brata. Zamachnęła się, chcąc wymierzyć cios, ale zatrzymała rękę w powietrzu. Zamiast uderzyć, pogłaskała brata po twarzy i przytuliła.
            -Dziękuję – szepnęła.
            -Mhm, i tak mogę się założyć, że za chwilę będziesz się drzeć, że cię nigdy nie przepraszałem.
            -Ja, ja nie wiem co się ze mną stało. To wszystko... To nie byłam ja. Wiesz o tym – pokręciła głową. - Co tu robi ten fagas i czemu się na mnie gapi jakbym miała pięć cycków? Gdzie ja, kurde, jestem?!
            Caleb odchrząknął.
            -W sumie to nie wiem. U jakiegoś Lajera, czy coś, kij wie. No, w każdym razie, to… Czy on musi tu stać?
            Służący drgnął. Pokłonił się i wyszedł. Drzwi stuknęły cicho, kiedy je zamykał.
            -No. Teraz lepiej. Słuchaj. To wszystko jest nienormalne – Chłopak skoczył na łóżko, złapał z porzuconej na nim tacy garść winogron i wpakował sobie do ust. – Obudziłem się w celi – wybebłał żując. - Nie żeby było to najmilsze przebudzenie w moim życiu. Nie myśl sobie siostrzyczko. Bywało lepiej. Jak wtedy, kiedy obudziłem się u boku tej słodkiej młynareczki z ogromnymi… A mniejsza. W każdym razie. Ty też kurde byłaś w tej celi i serio nie wiem od kiedy tu siedzisz. Wyglądałaś jakby naprawdę trzepnął cię jakiś czar czy coś. W każdym razie, kiedy ty sobie słodko siedziałaś i bawiłaś z tym fagasem, nie żebym coś sugerował, no wiesz, ale…
            -Caleb! – warknęła ostrzegawczo Cali. – przejdźże wreszcie do sedna.
-Kiedy się zabawiałaś z tym fagasikiem ja zostałem zabrany z celi do gościa. Mówię ci, wygląda jak świr. Jest stary i lubi młode panienki. W sumie pachniał jakąś trzynastolatką, całkiem ładna musi być sądząc po zapachu. Wiesz, nie żebym lubił takie młode, no ale…
            -Ekchem.
            -No już, już. Chodzi mi tylko oto, że jesteśmy w całkiem niczego sobie zamku, u gościa bogatszego od większości władców, co to niby te swoje bogactwa zbierają od kilkuset pokoleń wstecz. I najpierw lądujemy w paskudnym lochu, by po chwili on przyjmował nas jak równych sobie. Popatrz na siebie, wyglądasz jak jakaś księżniczka. Czegoś tu kompletnie nie rozumiem. Niby powiedział, że przeprasza i tak dalej, że kazał nas od razu przyprowadzić tutaj, ale coś mi tu śmierdzi. Choć raczej nie chce nas zabić. Przynajmniej nie od razu. Dziwne natomiast jest to, że palnął w ciebie jakimś zaklęciem, to nie mogło być nic innego, zresztą widać po nim, że zna się na rzeczy… Nie rozumiem.
            -To co zrobimy?
            -W sumie żaden problem dla mnie, możemy tu trochę posiedzieć, zabawić się. A jak się nam znudzi – pryśniemy.
            -Caleb, ty skończony kretynie. Skoro nas tu ściągnął, to nie tak dla zabawy, bo brakowało mu gęb do wyżywienia! I skoro nas ściągnął, nie zwiejemy mu, dopóki nie powie nam czego od nas chce, bądź kiedy sobie tego nie weźmie.
            -A tam zaraz – chłopak wyszczerzył się – No bo, co on może nam zrobić? Walnie zaklęciem? Straszne! – wzdrygnął się teatralnie - Uuu nie przeżyjemy tego coś czuję.
            -Zamknij się. Ktoś idzie.
            Po chwili z korytarza dobiegły ich kroki. Stawiane szybko ale pewnie zbliżały się nieubłaganie do komnaty. Rodzeństwo popatrzyło na siebie z lękiem.
            Drzwi otworzyły się z impetem, poleciały po łuku, a odrzwia z rozpędem huknęły o ściany. Z korytarza wyleciało kłębowisko fioletowego oparu w którym majaczyła postać. Postać poruszyła się i po chwili wyłoniła z kłębów.
            -Synu mój! Córko!

* * *

Wrzawa na sali rozgorzała na nowo. Zgromadzeni w niej ludzie przekrzykiwali się i odgrażali, machali tłustymi łapskami, bądź nerwowo gestykulowali wychudłymi kończynami. Przewracano kielichy, złote talerze toczyły się pod ściany, a wszystkie wytrawne potrawy sypały się na zimną posadzkę. O okna bębnił deszcz, szyby trzęsły się od uderzeń gromów. Arvid odchylił się na krześle i zaczął studiować fresk zdobiący sufit nad stołem. Nie będzie im przerywał, niech sobie pokrzyczą. W końcu nie będą drzeć się wiecznie. Teraz pozdzierają sobie delikatne, arystokratyczne gardziołka i potem będą siedzieć cicho, z braku sił na wykrzesanie odrobinę głośniejszego dźwięku niźli szept. Arvid uznał to za dobry plan.

* * *


Najgorsze były noce. Zwłaszcza te spędzane z dala od wsi i siedzib ludzi. Niestety jadąc w stronę zachodniej granicy Arletanii człowiek rzadko trafiał na osady. Ewentualnie czasem na domek pustelnika. Zaniedbane drogi nie sprzyjały podróży wozem, więc zostawili go przy kolejnym napotkanym przewalonym drzewie, a starą klacz odpięli i prowadzili. Wędrując przez mroczne lasy przyśpieszali. W dzień szybkim krokiem mijali milczące, wiekowe drzewa, o zmierzchu z lękiem zaszywali się przy dróżce i czekali aż kilka pierwszych promieni słonecznych przedrze się przez gęstwinę koron. Ruszali wtedy z chęcią wydostania się na wolną przestrzeń, z sercem w przełyku wyczekiwali na atak wyjących w pobliżu przerażających pomiotów nędzy, grozy i mroku. Na otwartych terenach wcale nie było lepiej. Miast odpoczynku od trwogi, trawiaste równiny pełne były żmij oraz trujących salamander, a z nieba patrolowały je drapieżne ptaki, niekiedy dorównujące wielkością Erjonowi.
Mercinda coraz częściej spoglądała z niepokojem na chłopaka, który szedł w ciszy, ze spuszczoną głową. Przy wieczornym ognisku zawijał się w koc i siadał po drugiej stronie, odmawiał jedzenia. W wyniku wzmożonego ruchu oraz skromnej, rzec można, znikomej diety, wysoki, acz pulchny chłopiec tracił krągłe kształty, uwydatniały się obecne pod warstwą tłuszczu mięśnie. Klatka piersiowa poszerzała się, rysy twarzy twardniały.
Któregoś wyjątkowo chłodnego wieczoru Mercinda wysłała go po drewno do lasu. Bez słowa wstał i ruszył w ciemność plątaniny gałęzi. Magiczka i Kapciuch popatrzyli na siebie i odwrócili głowy w stronę szarej postaci młodziana.
Szedł wolnym tempem, ostrożnie stąpał po nieznanej ściółce. Od jakiegoś czasu posłusznie wykonywał wydawane mu polecenia, pomimo, że jeszcze niespełna dwa tygodnie temu negował każde słowo Mercindy. Bo dlaczegóż to miałby chodzić w ciemnościach sam? Bądź, co gorsza, utrzymywać niezdrowe dla normalnego człowieka tempo marszu? Przecież nikt o zdrowych zmysłach nie przechodzi dystansu do pokonania co najmniej w tydzień, zaledwie w jedno popołudnie! (Co prawda, chłopak miał inną miarę prędkości aniżeli ktokolwiek inny, co nie zmienia faktu iż rzeczywiście, podróż z Mercindą i jej kotem była ponadprzeciętnie dziarska.) Wędrując w głąb lasu wygrzebywał z mchu spróchniałe drwa i układał je w równy stosik na lewym przedramieniu. Kiedy w końcu uznał, że stos jest wystarczający na ogień mogący płonąć (względnie żarzyć się) minimalnie przez najbliższych kilka godzin, zawrócił w stronę obozu.
Nie to żeby stał się nieustraszony, ale słysząc otaczające go trzaski nocnego życia leśnego nie podskakiwał już jak kiedyś, po prostu nie uważał tego za coś godnego uwagi. Ale kiedy w końcu zorientował się, że seria dziwnych odgłosów powtarza się w dość regularnych odstępach, oraz iż hałasy wyraźnie zbliżają się do niego, uznał że można by było przyśpieszyć. Lecz było już za późno.
Drwa upadły z cichym plaśnięciem o mech, tocząc się po nim natrafiły na wygrzebaną norkę myszy, grzebiąc śpiącą domowniczkę pod warstwą zmurszałego drewna.

* * *

Drewniana szczapa spadła ze szczytu płonącej się hałdy, sucha trawa zatliła się od niej, jednak słaby wiatr zdusił iskrę, która znikła, pozostawiając po sobie jedynie smugę szarego, gęstego dymu.
W ciszy jaka nastała na polanie, upadająca głowa w ciężkim czarnym hełmie brzmiała jak stara kula armatnia uderzająca o dębową podłogę zaraz po wyturlaniu się z wielkiej gabloty któregoś z prawnuków Rudobrodego.
Reszta zbroi gruchnęła po chwili o glebę, w momencie kiedy Gytfryd odskoczył w tył. Mężczyzna zerknął na oniemiałych żołnierzy stojących zgodnie z rozkazem w bezpiecznej odległości.
-Jestem niewidzialny – szepnął dla pewności.
Rzucił spojrzenie na ciało leżące przed nim. Niespodziewanie, czarna zbroja zapadła się na wysokości łopatek. Wzdłuż kręgosłupa zaczęło biec pęknięcie, a wraz z nim zbroja sprawiała wrażenie, jakby uchodziło z niej powietrze. Gytfryd mrugnął; a kiedy otworzył oczy przed nim leżała już tylko garstka połyskującego piasku. Poszukał wzrokiem głowy. Leżała nieopodal, nietknięta. Jednak chwilę później i ona się skurczyła, a zapadające się krawędzie przywodziły na myśl osypujący się piach.
Złapał oburącz miecz, wyciągnął go przed siebie jako naiwną obronę przed żołnierzami. Ci jednak stali nieprzerwanie w tej samej pozycji. Gytfryd złapał ostrze prawą ręką, opuścił je nieco. Powoli, bardzo powoli zrobił krok w stronę najbliżej stojącego żołdaka. Wyciągnął stopę przed siebie, ułożył ją pewnie na miękkim mchu, przeniósł ciężar ciała. Stanął tuż obok zamarłego żołnierza, ten nie drgnął nawet o milimetr. Gytfryd wziął zamach i uderzył w tchawicę. Ostrze wbiło się bez przeszkód, odrąbana głowa malowniczo wzleciała w górę, wykręciła parę salt i upadła z mlaśnięciem na nasiąknięty posoką mech. I znów pozbawione głowy ciało rozsypało się niczym piasek, po za tym na polanie panowała względna cisza, przerywana westchnieniami umierających.
Gytfryd podszedł do kolejnego żołdaka i dźgnął go pomiędzy zachodzące na siebie płyty zbroi na brzuchu. Klinga wślizgnęła się ze szczękiem we wnętrze nieruchomego żołnierza.
-Hm. – mruknął Gytfryd i wyszarpnął miecz.
 Zamachnął się i odrąbał mu rękę. Ta opadła na ziemię, gdzie rozwiał ją podmuch wiatru. Żołnierz stał dalej. Gdy Gytfryd brał kolejny zamach, tym razem celując w szyję, okaleczone ramię poruszyło się. Mężczyzna odskoczył i zastygł z wyciągniętym mieczem, gotowy odeprzeć atak. Ten jednak nie nadszedł. Żołdak dalej stał bez ruchu, mylne wrażenie zagrożenia wywarła na Gytfrydzie odrastająca ręka, której dopiero co pozbawił żołnierza.
Mężczyzna rozejrzał się po polanie; można by było o niej powiedzieć, że była wymarła, gdyby nie porozrzucani gdzieniegdzie konający ludzie. Oni jeszcze resztką sił dychali, więc ostatnie pasujące do nich słowo to „wymarli”.
Przechodząc między nimi serce biło mu na przemian szybciej i wolniej, by po chwili zamierać i na powrót kołatać  w piersi niczym ptak, próbujący oswobodzić się z klatki. Przy tych leżących już bez ruchu klękał i zamykał im oczy, zakrywał nagie piersi, zespalając rozszarpane ubrania cichym mruczeniem zaklęć. Żegnał się ze starymi znajomymi, obiecywał miejsce po prawicy Tahyda, tam gdzie miejsce dobrych. Tych, którzy jeszcze ostatkiem sił łapali świszcząco powietrze między wargi pocieszał, trzymając za dłonie szeptał słowa pocieszenia, a ostatnie słowa, które biedacy słyszeli rozlewały się pomału w ich umysłach, otulały ciepło zmysły, niczym przytulny koc. Gytfryd był tym, który powoli przeprowadzał ich przez ciemną dolinę i oddawał w ręce Bogów.
Nim nastał ranek usta mu spierzchły, dłonie skostniały z zimna, a zmęczenie opadło na niego jak stutonowy ładunek, spowalniając jego ruchy. Świadomość, że wszyscy jego sąsiedzi i przyjaciele zginęli w tak okropnych mękach wyssała z niego energię równie skutecznie co przepłynięcie wpław oceanu.
W końcu padł załamany przy żarzącym się jeszcze lekko kręgu na środku polany. I chodź od wielu lat nie uronił ani jednej łzy, tego wieczoru nadrobił za wszelkie te dni.

* * *

-Dlaczego to zrobiłeś, kretynie ty jeden?!
-Nie mów tak do mnie, głupia. Co, wolałabyś, żeby zobaczył nas pierwszy, zrobił „Oooh!” i zdzielił nas bez słowa? Dla mnie bomba.
-No ale żeby go tak od razu…? – Cali pochyliła się nad leżąca na ziemi postacią – no popatrz, zdzieliłeś go tak, że łeb będzie go bolał przez miesiąc.
            -Smutne.
            -Caleb!
            -Dobrze! Zobaczymy, następnym razem nic nie zrobię, mnie zatłuką, a ciebie sprzedadzą do zamtuza. I wtedy będzie płacz i lament i „o Tahydzie, Caleb, czemu ja byłam taka głupia?”. Zobaczymy.
            Chłopak przetrząsnął kieszenie swojej ofiary nie zważając na oburzone spojrzenie siostry. Ku jego zawodowi znalazł jedynie kawałek szkła, który wyrzucił w krzaki.
            -Co z nim zrobimy? – spytała Cali, kiedy chłopak wstał otrzepując ręce.
            -Cholera, Cali, chyba coś ci się stało po tym uroku, jesteś głupsza niż wcześniej. Nie patrz tak na mnie. Od kiedy to przejmujemy się każdym jednym kretynem, którego położymy na glebie? Chodź, chłopak da sobie radę.

*

            Ból powoli ustępował, świat wdzierał się wolno z powrotem, zmysły wychwytywały kolejne bodźce. Szelest liści, wiatr na twarzy, twarde szyszki pod kręgosłupem, kłótnia… Zaraz, kłótnia?!
            Otworzył przerażony oczy. Niewybaczalny błąd, bo kolejny cios spadł sekundę później.

*

            -Caleb!
            -Spojrzał na mnie!
 -Teraz to już musimy coś zrobić, po dwóch ciosach to on tu przeleży ze dwa dni, a w tym lesie to chyba lekko głupi pomysł, tak leżeć sobie bez ruchu.

*

-Coś mu długo schodzi.
-Mhm.
-Może się zgubił.
-Może.
-Idź.
-Nie.
-Nie dyskutuj, strasznie się rozpiecuszyłeś przez te kilka lat.
-Chyba kilkaset.
-Nie pyskuj.
Westchnął i zeskoczył zgrabnie z kłody. Ruszył wolno przez polanę, towarzyszył mu cichy furkot skrzydeł.

*

-Csiii, coś słyszę.
Rodzeństwo przerwało ciągnięcie nieruchomego ciała. Caleb pociągnął nosem.
-Nic nie czuję. – mruknął przygnębiony.
-Ha! Ciekawe czemu. 
Zastygli w ciszy. Po za dźwiękami nocnego lasu nie słychać było nic. Jedynie kręcące się zwierzęta, hukającą sowę, pełznącego pośród igieł zaskrońca.
-Zdawało mi się, dookoła słychać to co zawsze w takich miejscach. No, dzisiaj dla odmiany od dwóch godzin lezie za nami jakiś wilkołak, zazwyczaj w lasach ich nie było. Na równinach to może. A. I jakiś kot kręci się w pobliżu.
-Kot? – ruszyli dalej ciągnąc obezwładnioną ofiarę.
-Kot.
-Tutaj nie powinno być kotów. Każdy wie, że koty nienawidzą Mrocznych Ostępów. – Caleb puścił dłoń nieszczęśnika, przez co jego głowa opadła na ściółkę.
-Ten jest inny. Mam się z nim kłócić? – dziewczyna zmierzyła brata wzrokiem i uniosła wyżej drugą rękę wleczonego przez nich chłopaka, starając się, aby jego głowa nie dotykała więcej ziemi. Stęknęła próbując utrzymać ciężar w jednej pozycji nie przestając jednocześnie iść. – Poza tym… uh. Poza tym, ten kot w ogóle jest jakiś dziwny, kręci się ciągle w pobliżu nas. Ale jak chcesz… eh. Jak chcesz, to się z nim kłóć. Tylko złap tą łapę z powrotem do cholery.
Caleb burknął coś jak zwykle pod nosem, ale wspomógł siostrę w targaniu otumanionego przezeń chłopaka. I tylko ten kręcący się w pobliżu kot nie dawał mu spokoju.
-Ej. Ale co może tu robić kot? No bo. Czego on tu może szukać. Każdy normalny Miałczek siedzi sobie w domu, odwiedza panie Miałczyńskie, żre innych Miałczków i unika miejsc jak to. Z tym to i kłótnia byłaby pewnie ciekawa – i znów głowa chłopaka wyrżnęła o glebę. – A co jeśli to nie jest zwykły kot?
-Nie wkurzaj mnie. Łap tą grabę i nie gadaj. To i tak twoja wina. Jak zwykle zresztą. Właściwie to sam powinieneś go dźwigać, po co ja ci pomagam.
-Bo jesteś głupia. Gdyby to ode mnie zależało, to nie musiałabyś niczego dźwigać. Ty się uparłaś, no to sobie ciągniesz tego chłopaka. A ja ci litościwie pomagam!
-Litościwie! Ha! Wiesz co, ty sobie lepiej idź pokłóć się z tym kotem, a nie mi z taką wielką litością pomagasz. Wielki, Litościwy Caleb. Kto by pomyślał! – mówiąc to Cali znów usiłowała ratować głowę chłopaka przed kontaktem z ziemią.
-A może i pójdę! Już nawet kłótnia z kotem jest ciekawsza niż przebywanie z tobą! – jej brat nie przejął się szczególnie wysiłkami siostry. W końcu to tylko jakaś głowa. Nie jego własna, nie musi o nią dbać.
-No i dobrze!
-Ajajaj, moi drodzy, ja wcale nie mam zamiaru się z nikim kłócić. – Głos dochodził jakby z krzaków. I zważywszy na okoliczności był przerażający.
Rodzeństwo stanęło jak wryte. Musiało im się przesłyszeć. Mieli taką nadzieję. Cali ogłuszał huk serc jej i brata. Próbowała usłyszeć coś po za tym. Spojrzała na brata.
~Uspokój się, to może coś usłyszę.
~Sama się uspokój, od początku wiedziałem że coś jest nie tak z tym kotem.
~Jakim kotem?
Caleb wskazał palcem przed siebie. Istotnie, kilka kroków od nich stał kot. Niby przeciętny, czarny kot, ale coś dziwnego było w jego spojrzeniu. I postawie. Oczywiście nie zapominając o tym, że przed chwilą przemówił, co skutecznie uciszyło sprzeczkę, oraz o tym, że wyglądało na to, że ma zamiar powiedzieć coś więcej.
-Jak już wspomniałem, zatarg między nami jest mi nie w smak, jednak będziecie musieli się dość barwnie wytłumaczyć z faktu ciągnięcia mojego nieprzytomnego przyjaciela nocą, pośród drzew. Sami przyznacie, że sytuacja jest dość niedwuznaczna.
Caliana otworzyła usta. Po chwili je zamknęła. Jej brat zapatrzył się na własne buty. Otworzyła raz jeszcze usta. I zamknęła.
Kot nie wyglądał na usatysfakcjonowanego odpowiedzią. Machnął więc długim ogonem dwa razy i prychnął. To wywołało kolejną falę strachu u stojącej przed nim pary. Nie zwrócił na to uwagi i już chciał wyegzekwować odpowiedź, gdy znów usłyszał to irytujące bzyczenie, a Jjik z bojowym klekotaniem szczęk śmignął mu koło ucha i w pełnym pędzie uderzył w czoło Caleba.
-Aał! –chłopak złapał się za głowę, a Cali ruszyła mu na pomoc, na chwilkę zapanował chaos, kiedy Jjik próbował ugryźć dłoń przyłożoną gorączkowo do bolącego miejsca.
-Widzicie… - zaczął cichutko Kapciuch. – JA kłócić się nie widzę powodu, co innego mój porywczy towarzysz. Jjik, skończ już proszę. Daj im się wypowiedzieć.
Mrówka niechętnie zostawiła palce swojej ofiary i przycupnęła na klatce piersiowej leżącego bezwładnie Erjona.
-No, słuchamy. – odezwał się kocur, przysiadłszy z gracją na mchu.
-Ten potwór wyrżnął mnie w czoło! – zawył Caleb. – Zresztą, nie przywykłem do rozmów z dachowcami.

*

-Będziesz mógł opowiadać nowe, piękne historie napotkanym panienkom. Coś w stylu: „Ta blizna? Oh, to nic takiego, zarobiłem ją w walce z dziką panterą, która napadła mnie i moją siostrę w puszczy.” Na pewno żadna z nich nie zauważy, że pantera ma nieco większe pazury, w końcu to tylko jakaśtam panienka, nie musi wiedzieć takich rzeczy. A ty masz kolejną zmyśloną opowieść do bajerowania.
Czy Cali była okrutna dla brata, który ściskał krwawiący policzek wznosząc modły o brak wielkiej i szpetnej blizny? Skądże. Ona tylko ukazywała mu plusy zaistniałej sytuacji.
-Po za tym, może zmądrzejesz i nie będziesz obrażał wszystkich wkoło. I mężczyźni w zajazdach nie będą ci wypominali, że masz mleko pod nosem, żeś śliczniusi i gładziusi jak pupcia niemowlaczka. O i żadna z panienek nie odmówi ci odwagi! Same dobre strony! A to, że wyglądasz jak przygłup to już inna sprawa, i tak niewiele by ci pomogło, pogorszyć też już się zbytnio nie da. Nie przejmuj się, nie masz czym.
Kapciuch starał się nie zwracać uwagi na utyskiwania dziewczyny, szedł dumnie przed rodzeństwem, ocucony przezeń Erjon zbierał naprędce drewno, po które przecież poszedł, które miał przynieść i przyniesie. Zerkał przy tym na Caleba z dziwnym wyrazem twarzy jakby uważał, że musi go od teraz pilnować.
Noc była zadziwiająco spokojna, ale zimna. Idąc pocierali dłonie i chuchali na nie, podświadomie przyśpieszali, byleby było cieplej, byleby szybciej dotrzeć do celu i rozpalić ognisko. Caliana zmęczyła się szybkim chodem i wypominaniem bratu jego głupoty, umilkła więc i raz na jakiś czas podnosiła z ziemi gałąź, którą przytulała mocno do piersi jak gdyby była ona w stanie dać odrobinę więcej ciepła. Nie dawała. Jjik siedział jak zwykle uradowany na głowie Erjona, szczęśliwy że go uratował od pewnej śmierci z rąk okropnych porywaczy.
W końcu ujrzeli kraniec puszczy i wyszli na polanę, na której czekała Mercinda. Z uniesionymi brwiami obejrzała ciemne sylwetki Caleba i jego siostrę i jej wzrok spoczął na Erjonie.
-No chłopcze, miałeś tylko iść po drewno, gdzieżeś zniknął na tak długo?
Nie czekając na jego odpowiedź, której pewnie i tak by się nie doczekała, wzięła od niego chrust i przykucnąwszy, ułożyła zgrabny stosik. Chuchnęła nań, a płomień jął trzaskać wesoło. Zadowolona z efektu wstała, otrzepała długą spódnicę i cmoknęła widząc, że Cali trzyma kolejny stosik.
-Trzeba było od razu mówić, że też coś przytargałaś, a nie stać jak to cielę i się patrzeć. No nic. Będzie na zapas. Siadajcie. Ogrzejcie się, za chwilę zajmę się kolacją. A ty Kapciuchu opowiadaj.
-Właściwie to niewiele mogę ci opowiedzieć, Mercindo.  Sam niewiele usłyszałem. Szukałem Erjona, idąc usłyszałem, że ktoś podąża niedaleko mnie. Uznałem, że mogę spytać czy nie widzieli przypadkiem chłopaka. Okazało się, że go widzieli, a i owszem. Nawet udało im się wejść w interakcję, co poskutkowało pozbawieniem Erjona przytomności. Dość niefortunna sytuacja na zapoznawanie się, kiedy jacyś nieznajomi ciągną twego towarzysza przez las, szorując jego głową po ściółce, nieprawdaż?
-No, nie bądź taki cierpki, Kapciuchu, jestem pewna, że mają na to jakieś wytłumaczenie, prawda, moi drodzy? – magiczka skierowała wzrok ku rodzeństwu, zakładając ręce na piersiach. 



Mam nadzieję, że nie wyśmiejecie mnie za trzyletnią pracę, której owocem jest jedynie marne szesnaście stron. :x
Według planu, koniec ujrzy Światło Dzienne najpóźniej do tegorocznego grudnia.
I wcale nie krzyżuję palców gdy to mówię!
Póki co, życzę Wam miłego dnia, czy tam już prawie wieczoru. c:
Widzimy się w najbliższym czasie!