poniedziałek, 16 czerwca 2014

"Bez Tytułu" (o zgrozo, oryginalnie tak bardzo) czyli prequel "Kapciucha" - Część I

Dobry.
Niniejszym...
Przedstawiam Wam prequel "Kapciucha"!

Tamtararamtamtamtamtaam!
To tylko początek, ale (o, szczęśliwa nowino!) jest to jak dotychczas (z naciskiem na słowo "dotychczas") moje pierwsze przedsięwzięcie, które udało mi się zakończyć. 
No. Prawie. Ale nie wdawajmy się w szczegóły.

Tak, czy owak, macie stuprocentową szansę, że zakończenie tegoż tekstu ujrzy Światło dzienne! 

*fanfary i w ogóle*

Tak, tak, kraśnieję z dumy, mam nadzieję, że Wy też.
Tak więc... Enjoy! 



Obserwowaliście kiedyś zachodzące słońce?
Moment, w którym dzień zamienia się w noc zawsze mnie fascynował. Potrafiłam siedzieć godzinami na tarasie, z książką w ręku i czekać na tą jedną jedyną sekundę, którą tak łatwo przegapić. W jednej chwili jest jasno, mrugasz, a świat jest ciemniejszy niż był kiedy twoje górne powieki biegły na spotkanie dolnych. Mrugasz raz jeszcze i sam nie wiesz kiedy jest zbyt ciemno by dojrzeć litery na papierze. A z domu wychyla się zatroskany rodzic wołając cię do środka.
Dziś jak zwykle miałam postanowienie, że dostrzegę tą zmianę. Zachód był piękniejszy niż zwykle, czułam więc, że zdarzy się coś wyjątkowego. Ponad wierzchołkami drzew okalającego nasz dom lasu niebo przybrało barwę wyciśniętej pomarańczy, a czym dalej na zachód tym bardziej przypominało już grapefruita, by przy samym słońcu być niewyobrażalnie błękitnym. Chmury przy tarczy słońca były różowe, a czym dalej od niej, tym gęściejsze i ciemniejsze się stawały. Poprzez drzewa na nasz trawnik padały ostatnie promienie słońca, ozłacając źdźbła, nadając głębi oczku wodnemu.
Wiedziałam, że zdarzy się to już za sekundkę, że jeszcze chwila, a świat pociemnieje, słońce już prawie, prawie dosięgało horyzontu…
- Lucy!
Otrząsnęłam się i obejrzałam na tatę, wychylającego się przez oszklone drzwi naszego tarasu. W jego okularach i szybach domu widziałam ostatki słońca.
- Ktoś do ciebie – rzucił tylko i schował się w domu.
Przygryzłam wargę i zerknęłam ostatni raz na zachód.
W holu czekał mój przyjaciel, Jack. Zazwyczaj nie mam nic przeciwko jego odwiedzinom, ale czułam się zdruzgotana, że byłam tak blisko odkrycia tej magicznej tajemnicy, a on jakgdyby nic sobie stoi i czeka na mnie w środku. Uśmiechnęłam się mimo to ciepło na jego widok, co poradzić, ciężko mi ukryć jak bardzo go lubię. 
- Jak zwykle nie wiesz do czego służy telefon, co Lucy White? – wyszczerzył się do mnie odrzucając zbyt długą, blond grzywkę wypracowanym ruchem głowy. Jego błękitne oczy błyszczały od przepełniającej go radości.
          Coś chodziło mu po głowie. Nie byłam pewna, czy chcę wiedzieć co.
       - Ah, Jack, nie przyszło ci do głowy, że nie umiem korzystać z telefonu tylko w określonych momentach i widząc tylko określone numery?
        Zaskoczyłam go. On, zawsze pewny siebie stał teraz przede mną jakby dostał czymś w głowę. Zaśmiałam się.
      - Punkt dla mnie – mrugnęłam do niego i sięgnęłam do kieszeni w bluzie chcąc wyciągnąć komórkę. Faktycznie, dzwonił. Ale co ja zrobię, że kiedy przychodzę ze szkoły najczęściej zapominam, że mam wyciszone dźwięki? – Jakaż to sprawa zaprząta ci głowę tak bardzo, że nie byłeś wstanie poczekać do jutra i musiałeś najść mnie prawie, że już w nocy?
        - Jeszcze się kiedyś odgryzę, zobaczysz. W każdym razie, dzisiaj po szkole tak szybko uciekłaś do domu, że nie usłyszałaś, jak całą paczką postanowiliśmy jutro wybrać się nad jezioro. Rowerami. Potraktować to, jako pożegnanie lata i tak dalej. Wyjazd o 8. Będę około 7:40 żeby cię odebrać i upewnić się, że się nie spóźnisz.
          - Uznajmy to za twój odwet. Zabolało jak diabli. Ja się nigdy nie spóźniam! I nigdy nie zasypiam.

* * *

      Cały wieczór miałam przeczucie, że zdarzy się coś wyjątkowego. Dlatego byłam lekko zawiedziona, kiedy kładłam się do łóżka nie przypominając sobie niczego nadzwyczajnego. Ot, zjadłam z tatą kolację, mama jak zawsze była jeszcze w pracy i wróciła kiedy brałam kąpiel. Przywitała mnie szybkim muśnięciem ustami mojego policzka i wróciła do pracy, zamykając się w swoim minibiurze. Ogarnęłam trochę w kuchni po kolacji, obejrzałam odcinek Dextera i ułożyłam się wygodnie pod kołdrą. Szybko zapadłam w sen mając nadzieję, że nie przegapię budzika.
        Dlatego troszkę się przestraszyłam, kiedy przecknęłam się w ciemności i nie do końca wiedziałam dlaczego. Pokój wydawał się być cichy i spokojny, nie zauważyłam nic niepokojącego. Znaczy. Wiadomo, że mając wadę minus sześć na jednym oku i minus pięć na drugim, ciężko jest cokolwiek dostrzec, ale ten szczegół mogę pominąć. Przejechałam dłonią po twarzy, zgarniając z niej włosy i westchnęłam głęboko. Zamknęłam oczy i miałam zamiar spać dalej, gdy w pokoju rozległ się przerażający dźwięk. Albo mi się wydawało, albo coś właśnie pukało w szybę mojego okna. Mój oddech przyśpieszył, nakryłam się cała kołdrą, udałam, że mi się przesłyszało.
         Słyszeliście kiedyś dźwięk, jaki wydaje szyba, kiedy przejedzie po niej ostry pazur? Ja do tej pory też nie, ale kiedy tylko moich uszu dobiegł ten okropny dźwięk wiedziałam jak powstał. Wiadomo jaki obraz powstał od razu w mojej głowie. Wielki, obrzydliwy potwór, ślini się przed moim oknem czując moją krew, ma skrzydła, długie, pokraczne kończyny, kuca na parapecie, jest czarny i gigantycznym, zakrzywionym pazurem drapię w szybę. Pewnie ma długie, szpiczaste uszy, wystające z monstrualnej paszczy kły, i nos jak nietoperz. Właściwie to jest mieszanką nietoperza, człowieka i czegoś jeszcze, ale wcale nie jest Batmanem i na pewno nie przyszedł mnie uratować.
          Mniej więcej coś takiego przeleciało mi przez myśl. Pukanie rozległo się raz jeszcze.
        Co robi w takiej chwili każdy bohater filmu albo książki? Łapie jakiś dziwny przedmiot i idzie z nim w kierunku okna, ściskając ten przedmiot z całych sił, wyciągając przed siebie drżące ręce. Uznałam, że jak ginąć, to z klasą i nie bez walki. Na trzęsących się nogach wyszłam z ciepłego łóżka i wzięłam z nocnej szafki pilota od telewizora. Po chwili uznałam, że na niewiele się on zda, uklęknęłam więc i spod łóżka wyciągnęłam stary kij bejsbolowy, którego tata miał nadzieję używać ze swoim synem, kiedy mama zaszła w ciążę. A tu taka niespodzianka, urodziłam się dziewczynką. Jakie szczęście, że zamówioną kolejkę elektryczną mógł odesłać z powrotem bez ponoszenia większych kosztów.
        Ruszyłam powoli w stronę okna, na lekko ugiętych kolanach. Stanęłam przed oknem i odgarnęłam zasłonę.
Mogłam założyć okulary.~ Pomyślałam.
Mogłam, przynajmniej widziałabym mojego potwora. A tak to za oknem nie było widać nic. Nic poza małym cieniem. Odskoczyłam wydając jakiś nieartykułowany dźwięk, kiedy cień się poruszył i zaraz zganiłam się za ten przereklamowany odruch. Chwilę potem odrzuciłam kij, bo dostrzegłam w cieniu kota. Gratulacje, Lucy, odgrywasz scenę strachu przed kotem. Parsknęłam śmiechem. Podeszłam do okna i uchyliłam je lekko, żeby wyjrzeć przez nie i obejrzeć z bliska potwora, który nieomal mnie nie zjadł.
Na parapecie istotnie siedział kot. Czarny. Patrzył na mnie przenikliwie swoimi zielonymi oczyma. Nie bardzo wiedziałam, co zrobić dalej, zamykanie mu okna przed nosem nie wydawało się być miłe. Szczęśliwie on widział czego chce, wstał i wmaszerował najzwyczajniej w świecie do mojego pokoju. Zeskoczył na podłogę i dumnym krokiem przeszedł przez pomieszczenie, wędrówkę kończąc na mojej poduszce. Tam usiadł i zaczął się we mnie wpatrywać. Wzruszyłam ramionami, co mogę zrobić, nie wyrzucę go przecież na zewnątrz. Zamknęłam okno i zasłoniłam je.
Kij podniosłam i klęknęłam przy łóżku, żeby odłożyć go na miejsce. Potem wstałam i uznałam, że kot na poduszce może skutecznie zrujnować moje plany względem tejże poduszki, dlatego usiadłam na skraju łóżka i wyciągnęłam do niego dłoń szepcąc „kici, kici”
- Daruj sobie.
Spojrzałam zdziwiona na niego. Czy mi się zdawało, czy on przed chwilą się odezwał?
- Wyprzedzając twe rozważania: tak, umiem mówić - powiedział kot i machnął ogonem.
Potrząsnęłam lekko głową. To MUSI mi się śnić.
- Więc? – spytał. - Zamknij usta, to dziwne jak tak na mnie patrzysz.
Zamknęłam zarówno usta jak i oczy. Kiedy otworzyłam powieki, kot dalej przede mną siedział. Zamrugałam jeszcze kilka razy, w końcu uznałam, że nie ma sensu próbować dalej. Kot ewidentnie nie chciał zniknąć.
- Zapewne myślisz teraz, że zwariowałaś. To możliwe, bo do normalnych ludzi nie mówię - kot polizał się po łapie. - Ale to zostawmy na później. Nazywam się Kapciuch. Moja pani miała dość specyficzne poczucie humoru.
- Miała? – w końcu mogłam się odezwać, mój głos brzmiał nieco dziwnie. Odkaszlnęłam. - Porzuciła cię, czy jak?
- Została zamordowana przez wieśniaków, a dokładnie spalona na stosie, siódmego lipca w 777 roku. Uważali, że była czarownicą. Po części mieli rację, bo tydzień potem zmartwychwstała. Ale kiedy sytuacja powtórzyła się siódmy raz, powiedziała, że ma dość. Przeniosła się do innego świata. Ja wolałem zostać tutaj.
- To, że mówisz nie znaczy, że ci uwierzę. Bez przesady! Nie możesz żyć ponad 1200 lat!
- Nie mogę? Cóż, z pewnością trafiłem na eksperta. Pomijając fakt, że w rzeczywistości liczę sobie dokładnie 7034 lata. Żyłem wcześniej ze swoją panią na kilku innych planetach.
- Jasne, jasne – mruknęłam. – a moja mama lepi kulki z betonu.
Kapciuch zjeżył się i prychnął.
- Śmiesz twierdzić, że kłamię? Ja?
- Łżesz jak pies - dopiero gdy to powiedziałam zrozumiałam sens słów i zaczęłam się śmiać.
- Udam, że tego nie słyszałem. Bo za taką zniewagę mógłbym ci wydrapać oczy. Ale tego nie zrobię, bo potem ciężko mi domyć łapy.
Natychmiast się opanowałam i przeprosiłam.
- Jeśli pozwolisz, powiem ci dlaczego tu przybyłem - oznajmił Kapciuch. - Ale wymagam, abyś mi nie przerywała. Jasne?
- Jak słońce – odparłam.
- Ja myślę. Jak już się pewnie domyślasz, moja pani posługiwała się magią. Nie była jednak czarownicą, bo nie potrzebowała żadnych mikstur ani ropuch. Bardzo chciała polepszać życie istot zamieszkujących światy, na których byliśmy. Sprawiła więc, że raz na siedemset lat mogę spełnić trzy życzenia wybranej istoty. Jeśli tego nie zrobię na planetę spadają meteoryty, ziemia się zapada, wody wysychają, a powietrze z gazu zmienia się w ciecz. Taki skutek uboczny zaklęcia, haha.
- Haha - zawtórowałam przerażona.
- Raz się to zdarzyło. Ale uratowaliśmy mieszkańców tej planety. Musieliśmy uciekać, bo przestali nas lubić. Zupełnie nie rozumiem dlaczego. Jak się pewnie domyśliłaś, właśnie nadszedł czas, kiedy muszę spełnić czyjeś życzenia. Wybrałem ciebie.
Uniosłam brew.
- Niby czemu wybrałeś mnie?
- A czemu nie? - machnął ogonem.
- Nie wiem, ale to takie... Dziwne... – jęknęłam.
- Słuchaj, masz trzy życzenia. Wypowiadasz je, a one się spełniają. Dzięki temu wasz świat się nie kończy. Majowie wiedzieli o mnie i myśleli, że na złość ludziom doprowadzę do zagłady Ziemi. Dlatego ich kalendarz kończy się na 2012.
- A ja myślałam, że im się znudziło, albo, że skończyło się miejsce...
- Przewidzieli Armageddon. Na co po końcu świata kalendarz? – zachichotał. - Uważali, że mnie znają, teraz to się zdziwią. Wracając do życzeń, są pewne zasady. Pierwsza: nie życzymy sobie dwa razy tego samego. Druga: żadnych życzeń, które prowadzą do zwiększenia ilości życzeń. I trzecia, nikomu nie mówisz o gadającym kocie. Nie lubię psychiatryków. Rozumiesz?
Swoją drogą, jeśli nigdy nie słyszeliście chichotu kota, to możecie żałować. Oficjalnie wam pozwalam.
- Rozumiesz? – powtórzył przekrzywiając łeb.
- Tak, rozumiem. Chyba.
- Byłbym zapomniał. Jest jeszcze jedna, ostatnia reguła: uważaj na życzenia, które igrają ze śmiercią. – oho, groźnie. - Teraz, kiedy chcesz powiedzieć życzenie, powtarzasz trzy razy moje imię. Potem mówisz co chcesz. Zrozumiano? - nie czekając na odpowiedź kontynuował - Nieważna pora dnia i miejsce, mówisz i masz.
- I mogę życzyć sobie wszystkiego?
- Prawie. Nie mogą to być życzenia, które doprowadzą do czyjejś śmierci. Bądź też wzywają zmarłych czy zapobiegają jej, prędzej czy później oni i tak umrą, a przywracanie ich światu nie kończy się dobrze.
- W porządku.
- Jak sobie chcesz. Masz może coś do picia? Od mówienia zaschło mi w gardle.
- Jasne, już lecę.
Pobiegłam na dół i nalałam do miski wody, zastanowiłam się chwilę i wzięłam karton mleka. Postawiłam miskę na biurku, a Kapciuch wskoczył na nie.
- Mam jeszcze mleko, jakbyś chciał...
- Koty nie mogą pić mleka - prychnął. - Woda jest dobra.
- To… dobrze? – odparłam lekko zmieszana. W tym kocie było coś onieśmielającego. Może jego wyniosłość i duma. Może jego wiek. A może po prostu to, że mówił.
Napiwszy się, Kapciuch popatrzył na mnie zielonymi oczami.
- Pamiętasz i rozumiesz wszystko?
Przytaknęłam.
- W takim razie, do zobaczenia. Nie śpiesz się, masz prawie rok na wypowiedzenie wszystkich życzeń. Tylko się nie przestrasz, bo może się stać coś dziwnego, gdy je wypowiesz. Śpij dobrze.
Machnął ogonem, otworzył okno (proszę, tylko nie pytajcie jak…) i wyskoczył przez nie. Wypiłam trochę mleka wprost z kartonu i położyłam się do łóżka. Zerknęłam na telefon. Zero powiadomień, godzina 00:00.
- Pomyśl życzenie - szepnęłam w ciemność. - Chciałabym, żeby to nie był sen. I żebym nie zaspała.
Zachichotałam, po czym usnęłam.

* * *

Zaspałam. Zaspałam, zaspałam, zaspałam. Zegarek wskazywał 7:40, a to co mnie obudziło  nie było budzikiem, tylko dzwonkiem drzwi wejściowych. Zerwałam się z łóżka, zbiegłam po schodach i wpadłam na drzwi, fuksem tylko zdążając nacisnąć klamkę. Mniej szczęścia miał Jack, który nie odskoczył na czas. Łypnął tylko na mnie spod grzywy i usiadł sobie na schodkach prowadzących na werandę.
W życiu się tak szybko nie ubierałam. Owszem, nie raz nie dwa zaspałam do szkoły, ale nigdy się wtedy jakoś szczególnie nie śpieszyłam, toć to tylko szkoła. Byłam z siebie całkiem zadowolona, kiedy dojeżdżaliśmy do miejsca zbiórki, przekonana, że moje spóźnienie nie może wynieść więcej jak pięć minut. Oklaski tylko mile mnie połechtały. Gwizdy już nie szczególnie.
- Dziękuję, dziękuję, dziękuję. Jesteście boscy - Jack zaczął się kłaniać i słać całusy do klaszczących.
- Gratulacje! Spóźniła się pani dzisiaj tylko dwadzieścia minut! - zawołała Glen.
Zeskoczyłam z roweru i oparłam się ciężko na kierownicy, przykładając czoło do chłodnego metalu.
- Jakim cudem, skoro jechaliśmy dwie minuty? – zapytałam przednią oponę mojego różowego dwukołowca.
Oklaski zamarły w półtaktu, gwizdy uwięzły w gardłach, a wszyscy patrzyli na mnie i na Jacka z obawą. Podniosłam powoli głowę z ciepłej już stali i wciąż półleżąc na kierownicy spojrzałam na niego. A on tylko uśmiechnął się tym swoim strasznym uśmiechem i przekrzywił głowę patrząc na mnie.
       - Wiesz, moja droga. Oczywiście wiadomo nam, że nie wszyscy umieją liczyć. Dlatego pomożemy ci w rozwiązaniu tej zagadki. Jechaliśmy minut dziesięć. Twoje przygotowania trwały nieco mniej jak półgodziny. Gdzieśtam po drodze upchnij twoją przepychankę z rowerem, kiedy wyprowadzałaś go z garażu. Jestem pewien, że trzydzieści dodać dziesięć daje czterdzieści, a kiedy od 8:20 odejmiemy te czterdzieści minut otrzymamy moment, w którym zadzwoniłem do twoich drzwi. Matematyka, poziom zaawansowany, wiemy i dlatego nie będziemy ci twej omyłki więcej wypominać.
         Otworzyłam usta oburzona. I zamknęłam je na powrót. Zmrużyłam oczy i wyprostowałam się. Wykręciłam rowerem na szosę i ruszyłam przed siebie. Nie bardzo wiedziałam czy jadę w dobrą stronę, pierwszy raz wybierałam się z nimi „nad jezioro” gdziekolwiek ono było. Ale nic nie zmusiło by mnie do odwrotu w tym momencie, musiałam zachować resztki dumy!
           Nic po za krzykiem Glen:
          - Jezioro w drugą stronę, słońce!
Mijając ich starałam się nie roześmiać. Oni zahamowań nie mieli i śmiali się nadal kiedy już dawno wyjechaliśmy z naszego miasteczka. W końcu im przeszło i Glen zrównała się ze mną.
- Na której polanie się zatrzymamy?- spytała nie wiem właściwie kogo, ja byłam ostatnią osobą zdolną jej odpowiedzieć na to pytanie.
- Proponuję tę od wschodu - odezwał się Billie.
- Od wschodu? Billie, czy my mamy kompas we łbie? – żachnęła się Glen - To na którą jedziemy?
- To, że ty nie masz, to już nie moja wina...Wiesz, powinnaś... - zaczął Billie, ale umilkł pod miażdżącym spojrzeniem Glen. Odchrząknął. - Pojedźmy na tę, na której jest tylko jeden stolik i jedno miejsce na ognisko. Przynajmniej będziemy sami.
- Chyba, że będzie zajęta – odpowiedziała mu głosem lepkim od słodyczy. - Wtedy będziemy musieli objechać jezioro dookoła i zatrzymać się na dużej polanie. A wtedy, będzie z tobą kiepsko, kolego.
Na wszelki wypadek Billie pojechał na koniec kolumny. Spojrzałam z przyganą na Jacka, który dusił się za śmiechu. Mruknął ,,No co?" i wycofał się do Billiego. Na jego miejsce wjechała Lily i zapytała o co chodzi.
Na szczęście dla Billiego mała polana była pusta. Po dojechaniu na miejsce ledwo udało mi się zejść z roweru, a kiedy to zrobiłam momentalnie padłam na miękką trawę okalającą jeden stolik piknikowy z ławkami i mały krąg kamieni przyniesionych tu z myślą o ogniskach.
Więc ognisko obowiązkowo się pojawiło.
Kiedy zrobiło się późno, a ogień powoli dogasał uznaliśmy, że możemy powoli wracać. Jezioro dostatecznie już zostało wzburzone przez nasze ręce i nogi, pomost dostatecznie zachlapany, a trawa wydeptana. Powoli wróciliśmy do naszej mieściny i rozjechaliśmy się do domów z poczuciem wielkiej satysfakcji. Jak po każdym razie, kiedy spędzaliśmy ze sobą czas.

*

Jakieś dwa tygodnie później przechodziłam przez park i podbiegł do mnie pies. Mały, kudłaty kundel. Merdając ogonem i wesoło poszczekując skoczył na mnie i próbował polizać po twarzy.
- Król! - usłyszałam.
Odwróciłam się i ujrzałam chłopaka, mniej więcej w moim wieku. Wołał swojego pupila z niejakim zmieszaniem, że ten tak wylewnie okazuje uczucia nieznajomym. Pies posłusznie potruchtał do swojego pana, wciąż merdając ogonem. Chłopak rzucił mu patyka, po czym kucnął wołając "aport". Kundelek z entuzjazmem wykonał polecenie. Potem zaczął się łasić do właściciela. Ten ze śmiechem podrapał go za uchem.
~ Też chce mieć psa.~ pomyślałam.
Jedynym problemem było to, że mama nigdy się nie zgodziła na zwierzę. Wiele razy prosiłam ją chociażby o świnkę morską. Albo w drodze wszelkiego wyjątku chomika. Nawet rybki by mnie ucieszyły. Zawsze na próżno. Nic dziwnego więc, że było to jednym z moich największych marzeń. Marzeń! No jasne! Usiadłam na trawie i wyszeptałam:
- Kapciuch, Kapciuch, Kapciuch – zrobiłam krótką przerwę na zaczerpnięcie tchu. - Chciałabym mieć psa!
Czekałam na coś dziwnego, Kapciuch mówił przecież, że doświadczę czegoś dziwnego. Siedziałam z zamkniętymi oczami. W końcu zrezygnowałam, bo nic się nie stało. I wtedy, poczułam jakbym nie była sama we własnej głowie. Po chwili usłyszałam z lekka pogardliwy głos:
- Psa? Co interesującego jest w psie? Kot, to rozumiem, ale... Pies?
Rozejrzałam się dookoła, poszukując czarnej sylwetki kota.
- Nie rozglądaj się tak. Nie ma mnie w pobliżu ciebie. Jesteś pewna, że nie chcesz kota? - spytał Kapciuch.
- Tak, jestem pewna - szepnęłam. - Jak to robisz?
- Nie wiem. Twoje życzenie zostało spełnione. A teraz wybacz, muszę cię opuścić.
Moja głowa zrobiła się jakby lżejsza i najwyraźniej mój chwilowy współlokator zniknął, a mnie dla odmiany ogarnęło uczucie totalnej dezorientacji. Wstałam i powoli ruszyłam do domu potrząsając co jakiś czas głową.
Zatrzasnęłam za sobą drzwi, rzuciłam klucze na półkę, zrobiłam krok i ledwo utrzymałam równowagę kiedy moja noga napotkała przeszkodę. Przeszkoda chwilę później się poruszyła i z oburzonym mruknięciem zniknęła w drzwiach salonu. Oparłam się skonfundowana o drzwi i zaczęłam rozważać ucieczkę.
~ Weź się w garść, Lucy White.~ Zganiłam się i ruszyłam powoli przez korytarz.
W salonie było pusto. Zajrzałam pod stolik, szafę. W końcu klapnęłam zmieszana na sofę. Popatrzyłam raz jeszcze po pomieszczeniu, zatrzymując wzrok na fotografiach. I wtedy coś dotknęło mojej kostki.
Właściwie ciężko mi powiedzieć jak, ale udało mi się odtrącić stopą to co mnie dotknęło równocześnie podskakując i podwijając nogi na kanapę. W efekcie siedziałam z kolanami przy brodzie, dłońmi przytrzymując moje długie włosy, tak żeby nie opadały na twarz. Czasami owszem jest to przydatne, ale nie w momencie kiedy chcę czegoś dojrzeć. Zwłaszcza jeśli chwilę temu coś mnie zaatakowało.
Wyjrzałam poza kant tapczanu i uznałam, że musiało mi się przewidzieć. Na podłodze siedział lekko zdziwiony, puchaty szczeniak. Zauważywszy mnie wstał i zamerdał niezgrabnie ogonem, nie panując w tym momencie nad resztą ciała i w efekcie skończył z powrotem na tyłku. Poderwał się zaraz szczęśliwy i nie zważając na poprzednią porażkę panowania nad swoim małym ciałem podjął próbę wskoczenia do mnie na mebel.
Uradowana sięgnęłam po niego i wciągnęłam go do siebie. Posadziłam go na kolanach, ale on wcale nie chciał trwać na nich w bezruchu. Spróbował polizać mnie po twarzy, ale w międzyczasie zmienił zdanie i otworzył z mlaśnięciem paszczę łapiąc długie kosmyki moich włosów. Zaśmiałam się tylko i przytuliłam mocno do siebie.
- Mój Lelek - wyszeptałam.
Nie wiedzieć czemu od razu wiedziałam jak go nazwać. Ot, wzięłam go w ramiona i już został Lelkiem. Wstałam wciąż go tuląc i zabrałam na górę, do swojego pokoju. Drzwi były uchylone. Z uniesionymi brwiami pchnęłam je łokciem otwierając je szerzej. Na wykładzinie okalającej łóżko stało kilka kartonów ułożonych w stos. Na samym szczycie leżała karteczka:
"Kochanie, pomyśleliśmy, że jesteś już na tyle duża, że możesz mieć psa. Chcieliśmy ci go dać osobiście, ale mieliśmy ważną sprawę do załatwienia w mieście. Będziemy koło północy w domu. W lodówce masz obiad. Mama".
           - A niech mnie - powiedziałam i otworzyłam pudła.
W środku było czerwone posłanie, szelki i smycz w tym samym kolorze,  dwie miski i paczki jedzenia. Znalazłam też parę zabawek. Lelek tymczasem wdrapał się na moje łóżko i ułożył wygodnie. Rozłożyłam na podłodze jego nowe posłanie i przeniosłam go na nie. Pisnął obrażony i pokracznie wrócił na łóżko. Westchnęłam i znowu go przeniosłam. Popatrzył na mnie oburzony i już miał wrócić, gdy ziewnął i usiadł na posłaniu. Po chwili położył się i zasnął. Usiadłam obok niego, głaszcząc jego misiowy łebek. Byłam wykończona dniem pełnym wrażeń. Obecność kogoś innego w twoim umyśle nie jest czymś mało obciążającym. Sama nawet nie wiem kiedy zasnęłam.

*

Obudził mnie dźwięk otwieranych drzwi. Popatrzyłam z półprzymkniętymi powiekami na nie. W progu stała uśmiechnięta mama. Podniosłam się powoli znad posłania Lelka i poczułam jak ściskające go ręce powoli przestają być odczuwalne. Potrząsnęłam nimi.
- Hej – szepnęła moja rodzicielka. - I jak ci się podoba twoja nowa przyjaciółka?
- Przyjaciółka? - przetarłam oczy. - Myślałam, że to on.
- Ona - uśmiechnęła się szerzej. - Jak ją nazwiesz?
- Jako on miała być Lelkiem. Muszę się teraz zastanowić. –burknęłam lekko obrażona. Dlaczego miałabym nazywać inaczej Lelka. To tak jak powiedzieć do przyjaciela nazywającego się Adam: „Cześć, od dziś jesteś Stefan.”
- Dobrze, jadłaś coś? – spytała tylko.
- Nie - odpowiedziałam.
- A jesteś głodna?
- Nie jestem.
- Okej, dobranoc. - ucałowała mnie i wyszła z pokoju, cicho zamykając drzwi. Ah ta troska i dbanie, żeby twoje dziecko zdrowo się odżywiało. Wstałam i padłam obolała na łóżko. Nigdy nie zasypiajcie w dziwnych miejscach i pozach.

*

Zbudził mnie pisk. Stęknęłam i przewróciłam się na drugi bok. Znowu pisk. Podniosłam głowę z poduszki i spojrzałam w kierunku, z którego dobiegały piski. Lelek siedziała pod drzwiami węsząc raz na jakiś czas w szparze pod nimi. Jęknęłam i zwlekłam się z trudem żegnając mojego wygodnego przyjaciela. Otworzyłam drzwi, a Lelek momentalnie przez nie wybiegła i ślizgając się przebiegła korytarz. Zeszła pokracznie z pierwszych trzech stopni i właśnie wtedy postanowiłam, że muszę wkroczyć do akcji, zanim sturla się z reszty. Podniosłam ją i wsadziłam sobie pod pachę. Otworzyłam  drzwi frontowe i zeszłam z werandy stawiając moją nową współlokatorkę na trawniku. Poczochrałam włosy i ziewnęłam szeroko. Otuliłam się rękoma i przymknęłam oczy. Ranek był dość chłodny, ale słońce dawało nadzieję na ciepły, może nawet gorący dzień. Ziewnęłam raz jeszcze.
- A gdyby tak dla odmiany w końcu się nie spóźnić, Lucy White? – wesoły okrzyk Jacka wytrącił mnie z zachłannych ramion ostatek snu. Potrząsnęłam głową i spojrzałam na niego.
- Co masz na myśli, Jack? – mruknęłam nieco podejrzliwie.
- Hm. Może się myliłem, w końcu opuściłaś już dom. Może właśnie wybierałaś się do szkoły? Nie rozumiem tylko dlaczego w różowych, puchatych kapciach. –Roześmiał się serdecznie.
Spuściłam wzrok  na swoje stopy. Czy on zawsze musi zauważać takie rzeczy? Westchnęłam.
- Oh, mój drogi, masz kolejną anegdotkę do opowiadania Glen. Tylko, że to co widzisz nie do końca mieści się w twych wyobrażeniach. Poznaj moją przyjaciółkę, jeszcze bezimienną… - wskazałam dłonią na miejsce, gdzie jeszcze chwilę temu znajdował się mój pies.
Nie było go tam. Rozejrzałam się przerażona dookoła.
W momencie kiedy ją złapałam, Lelek zdążyła już pokonać dwa pierwsze schodki werandy Millerów, po przeciwnej stronie ulicy.
Zaniosłam ją z powrotem do swojego ogródka, wspięłam się po stopniach prowadzących do domu i wręczyłam ją siedzącemu standardowo na nich Jackowi.
Wbiegłam na górę i jakieś dwadzieścia minut później byłam mniej więcej gotowa do drogi. Wychodząc z pokoju spojrzałam na regał z książkami. Jak wrócę będę musiała poszukać w nich jakiegoś odpowiedniego imienia.

*

Wróciłam do domu szybciej niż kiedykolwiek. Zazwyczaj zostawałam chwilę po lekcjach, czekałam na wszystkich znajomych i razem gdzieś szliśmy, ewentualnie snuliśmy się bez większego celu po ulicach i parkach naszego miasteczka. Tego dnia jednak uciekłam wszystkim, nie odpowiadając na zaczepki i pędem pokonałam dystans dzielący mnie od domu. Po wejściu do środka rzuciłam plecak w holu i wyniosłam Lelka na dwór. Znowu się zagapiłam, a ona po załatwieniu tego co miała powędrowała do domu i po chwili zadowolona była w drodze do kuchni. Złapałam ją w biegu i zaniosłam do pokoju. Posadziłam ją na łóżku i klapnęłam obok.
- Trzeba cię jakoś nazwać - powiedziałam do niej.
Spojrzała na mnie poważnie. Rozejrzałam się po pokoju. Moją uwagę przyciągnął regał z książkami. Taki był mój początkowy plan. Podeszłam do niego i zaczęłam czytać tytuły. Kilka ulubionych wyciągnęłam i trzymałam w objęciach. I wtedy zauważyłam cienką i niepozorną czarną okładkę.
- Carrie – przeczytałam ukontentowana.
Odłożyłam w nieładzie trzymane książki i wróciłam do Lelka. Usiadłam obok niej i poczochrałam ją za uchem.
- Co powiesz na Carrie? – spytałam zamyślona.
Liznęła mnie ciepłym językiem po dłoni. Uznałam to za pozytywną odpowiedź. Uśmiechnęłam się.
- Od teraz, moja droga przyjaciółko, zwać cię będziemy Carrie. Noś to imię z godnością i spraw, abyś napawała mnie dumą ilekroć na ciebie spojrzę.

*

Mijające tygodnie nie zasługiwały na zwracanie na nie uwagi. Ot, szkoła, dom, Carrie, Glen, Jack i Billie. Dni jak zazwyczaj. Spędzaliśmy je razem, włócząc się i robiąc niewiele. Z tą małą różnicą, że uczyliśmy Carrie sztuczek i komend i więcej czasu przebywaliśmy na zewnątrz, wiadomo, że psy muszą dużo biegać. Carrie uwielbiała nas wszystkich, po chwili każdego z nas traktowała prawie że na równi. Oczywiście, że ja byłam tą najlepszą panią. Zaraz po mnie była Glen. Jej osobista ciotka od rozpieszczania.
Właśnie. Glen. Znałyśmy się od zawsze. Nie pamiętam dnia, w którym nie spotkałyśmy się, albo chociażby nie rozmawiałyśmy. Przez nią regularnie odbywałam poważne rozmowy o pieniądzach, ich wartości i rachunkach telefonicznych.
Nasza przyjaźń zaczęła się niepozornie. Ot, dwójka kiwających się na boki, rozczochranych dzieciaków. Ona najczęściej była do tego zaśliniona i lubiła tłustymi piąstkami rozbijać wszelkie twory w piaskownicy. Z czasem nauczyła się wyładowywać energię w kreatywniejszy sposób. Płoty, mury, każdy skrawek pustego miejsca, między innymi tył tablicy witającej przyjezdnych, w końcu nic nie zdołało uciec przed puszkami farby.
Na początku to co pomiędzy nami rosło, podtrzymywało przedszkole. Potem nasze mamy uznały, że też się nawzajem lubią i odtąd popołudniami demolowałyśmy nasze domy. Na zmianę, zależy gdzie się spotykały nasze rodzicielki. A w przedszkolu byłyśmy postrachem wśród chłopców i omijali nas szerokim łukiem. A później trafiłyśmy do szkoły. Cóż. Ja jestem specyficzna. Glen jeszcze bardziej. Dawałyśmy sobie radę we dwie, a całą resztę dzieciaków przez jakiś czas nam dokuczała, ale kiedy zauważyły, że jakoś tak nie bardzo nas to rusza; przestały. Kilka lekcji dzieliłyśmy. Ławki w ich trakcie już nie. No, może na początku. Po jakiś czasie karnie nas rozdzielano. Choć nasze wybryki nie były jeszcze wyszukane. Po prostu dużo rozmawiałyśmy, a mało robiłyśmy.
Potem było już tylko lepiej. Poszłyśmy do innej szkoły, inne otoczenie, inne możliwości. Nasze gusta się wysublimowały. Budynek szkolny był w naszym mniemaniu najlepszym miejscem do czytania krwawych horrorów i mang. W następnych latach ja przerzuciłam się na fantastykę i SF. Pratchett, Tolkien, Star Wars, a do tego niekończący się maraton Naruto i One Piece. Ewentualnie Bleacha, albo Dragon Balla. Potrafiłyśmy godzinami rozmawiać o ostatnio czytanych książkach, rozkładając na części pierwsze ich treść i wymieniając się poglądami na temat ulubionych bohaterów. Albo siedzieć słuchając muzyki, czy delektując się ciszą, której nie miałyśmy ochoty przerywać.
Oczywiście, nie da się przejść przez szkołę nie zderzając się z innymi ludźmi. Jedni wpadając na ciebie prychają oburzeni, drudzy patrzą spod uniesionych brwi, a niektórzy… Niektórzy przyklejają się do ciebie i nie chcą odpaść. Taki był Jack. Zderzył się ze mną i trzymając dłonie na moich ramionach śmiał się radośnie, próbując obracać nas w rytm tylko jemu znanej melodii. Nieważne czy od początku chciałam zrzucić jego palce ze swoich ramion, nie pozwolił na to i koniec kropka. Chwilę potem odnalazł nas Billie. Czy to my odnaleźliśmy jego. Co za różnica? W momencie kiedy wszyscy wkoło cieszą się do plastikowych gwiazdek na ekranach ciężko natrafić na kogoś o podobnych zainteresowaniach. W sensie, takich, które nie dotyczą roznegliżowanych byłych gwiazdek Disney’a i sztucznych piersi. I zapładniania się nawzajem. Nam udało się zgrać w parę osób i miast zaliczać kolejne imprezy, spędzaliśmy czas kłócąc się o to, czy przypadkiem Frodo nie był lekko ciapowaty (był), albo czy Aragorn jest lepszy od Legolasa (absolutnie). Czy też rozważaliśmy możliwość dostania się na Świat Dysku, w momencie kiedy Wielki A’Tuin będzie przelatywał wystarczająco blisko Ziemi. Czy może lepiej poczekać na powstanie Zjednoczonej Federacji Planet i wybranie się w kosmos? Albo, co jest gorsze: Zmierzch, czy Dom Nocy? Pamiętam jak oszaleliśmy na punkcie powieści Ernesta Cline’a. Jak wszyscy narzekaliśmy, że urodziliśmy się trochę za późno, że podczas gdy nasi rodzice mieli możliwość pójścia na koncert Gunsów w ich najlepszych czasach, oni po prostu nie mieli ochoty.
Miałyśmy z Glen wszystko. Rozumiałyśmy się jak nikt. Słowa? Po co nam one, słowa są dla amatorów. Biorąc do ręki telefon z chęcią odbycia z nią rozmowy, wystarczyło, że nacisnęłam zieloną słuchawkę i słyszałam jej głos. Wymieniałyśmy spojrzenie i już miałyśmy plan na najbliższy tydzień, ewentualnie dwa, już wiedziałyśmy co odpowiedzieć na zadane pytanie. Pyk, i już wiem, że jadąc do szkoły jej rower wypadł z trasy, następnie odpadło mu koło, a kiedy Glen leżała w rowie, z lasu wybiegł wielki pies i to na nim właśnie udało się jej dotrzeć do szkoły. Bo rower był oczywiście nie do użytku, taki bez koła i to jest właśnie powód naszego spóźnienia, proszę pani.
Nie wyobrażałyśmy sobie rozłąki dłuższej niż mrugnięcie powiek.
Aż tu nagle bam, a ona leży w otoczeniu pikających urządzeń, bez świadomości, a lekarze z każdym dniem na nowo łapią jej uciekające życie.
Takie… Sprawiedliwe, nieprawdaż? O, patrz; ktoś kogo pokochasz nad życie, spędzisz z nim mnóstwo szczęśliwych chwil, dla tej osoby przyjąłbyś kulkę na klatę. Ups. Śpiący kierowca czarnego auta, podczas gdy on wraca rowerem do domu.
No cóż. Widocznie takie rzeczy się zdarzają.

* * * 

              

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz