Dobry dzień.
Od teraz zaczyna się największa zabawa, Panie i Panowie.
Bo to są ostatnie i najnowsze zapiski "Kapciucha".
Cóż.
Będę się starać dorzucać po kawałku raz w tygodniu, w końcu od początku było takie założenie. c:
Życzcie mi szczęścia!
Rozdział
3
-Wyruszyli
w nocy, żeby nie wzbudzać sensacji. Chłopak patrzył przez chwilę za swym domem
i ponoć uronił łzę, ale był dumny, że w końcu wyrusza w świat i zostanie
sławnym rycerzem.
-Ale dziadku, pseciesz wtedy nie
było rycerzów!
Dziadek mlasnął i spojrzał z bezzębnym uśmiechem na wnuczkę.
-A czemu tak uważasz, kruszynko?
-No bo... No bo... Krocek mi tak
pofiedział! I on mófił, że te wfsystkie rycerze to bujda, jego tatko mófi, że
rycerzów nigdy nie było! Bo ftedy fsyscy patseli tylko na siebie i nie
fiedzieli co to honor, a po za tym, to nikt nie był dobry.
-I tu w poniekąd masz rację, kruszynko. Były to dość
barbarzyńskie czasy, ale z dobrocią wśród ludzi robiło się coraz lepiej. W
każdym razie, Erjon chciał zostać rycerzem, bo słyszał o nich wiele dobrego.
Zresztą rycerze sami opowiadali o swoich wyczynach, żeby zdobyć poparcie
wieśniaków. Zazwyczaj sprawiali więcej kłopotów aniżeli dobrego. Na przykład
przychodzili do karczmy i upijali się, a w pijackim amoku niszczyli wszystko
dookoła. Ale o tym się nie mówiło, wolno było tylko ich wychwalać, tak więc
Erjon uważał, że zostanie rycerzem, to najlepsza rzecz jaka może go spotkać.
Oprócz zostania królem oczywiście.
Starzec zrobił krótką pauzę na
oddech, po czym kontynuował.
-Jak już mówiłem, wyruszyli po
zmroku i skierowali się na wschód, ku granicy, którą mieli zamiar przekroczyć i
powędrować do mistycznego Drzewa. Była to droga długa i ciężka, ale młodzieniec
dzielnie dawał sobie radę i, jak podają źródła, ani razu się nie skarżył.
* * *
-Psze pani! Ja już nie mogę! Zaraz
umrę! Przerwa? – dodał z nadzieją w głosie Erjon.
Nie czekając na odpowiedź, padł na
ziemię i leżał z policzkiem przy ziemi dopóty, dopóki Mercinda nie podeszła do
niego. Wtedy uniósł lekko głowę, by położyć ją zaraz z powrotem.
-Erjonie, postój był dziesięć minut
temu. Wstań natychmiast – rzekł znużony Kapciuch.
-Nie mogę – mruknął chłopak. –
Nigdzie dalej nie idę.
-Po co go zabrałaś? – spytał
półgębkiem Kapciuch Mercindę.
-Bo jest potrzebny – westchnęła
magiczka, po czym przemówiła donośnym głosem – Erjonie, masz natychmiast wstać
i iść dalej, Jeśli nie, zostawimy cię tutaj.
-Bardzo dobry pomysł – wymamrotał
Erjon w piach.
Kapciuch pokręcił łbem i odszedł
sfrustrowany parę kroków, Jjik poleciał za nim. Od jakiegoś czasu nie
odstępował kota na krok i robił wszystko co on. Mercinda tymczasem namawiała
Erjona do dalszej drogi. Kot usłyszał zbliżającego się człowieka. Prychnął
ostrzegawczo na magiczkę, a ta wstała z kucek i spojrzała na drogę, po której
toczył się wóz ciągnięty przez starą kobyłę. Na koźle siedział siwy mężczyzna
pogwizdując cichutko. Na widok leżącego na ziemi chłopca zatrzymał konia i
zeskoczył z wozu. Podszedł do magiczki i pokłonił się.
-Witam szanowną panią, w ten piękny
dzień. Z chłopakiem wszystko w porządku?
-Tak. Po prostu się zmęczyłem, a ci
sadyści ciągną mnie nie wiadomo gdzie. Chcę umrzeć – wybąkał Er.
Mężczyzna uniósł brwi i odchrząknął.
-Pan się nie przejmuje, ja tu sobie
poleżę – mruczał chłopak.
Mercinda w międzyczasie grzebała w
pakunkach, które miał na plecach Erjon. Skonsternowany starzec stał obok nie
bardzo wiedząc co ma uczynić. Pochylająca się przed nim kobieta nie zwracała na
niego uwagi, a leżący obok młodzieniec wydawał dziwne odgłosy. Dodatkowo
wszystko obserwował czarny kot z zielonym ogonem, którym co jakiś czas machał.
-Czy szanowna pani... – zaczął, ale
Mercinda przerwała mu unosząc dłoń.
Zamarł z otwartymi ustami, po czym
zamknął je. Wziął oddech i ponownie otworzył usta, ale magiczka ponownie
uniosła dłoń, uciszając go. Wreszcie znalazła to, czego szukała. Podniosła
przedmiot i przyjrzała mu się pod słońce. Trzymała mały flakonik, ze złotą,
oleistą cieczą w środku. Dopiero teraz odwróciła się do starca.
-Czy byłby pan skłonny odsprzedać
nam ten wóz i klacz?
Mężczyzna zdjął słomiany kapelusz i
podrapał się po przerzedzonych, siwych włosach.
-Nie bardzo. Nie. Zdecydowanie nie.
-Nawet za spełnienie marzeń? –
magiczka zaczęła bawić się flakonikiem.
-Słucham?
-Zawrzyjmy umowę, panie...?
-Zygaj.
-Panie Zygaj. W tym oto flakoniku
znajduje się esencja szczęścia. Działa dość krótko, jakieś dwadzieścia cztery
godziny. W tym czasie, wszystko co pana spotka będzie miało dobry skutek. Na
przykład pański pies wykopie w ogródku skarb trzech pokoleń książąt,
mieszkających za morzem, który to skarb został zrabowany i przywieziony przez
piratów, którzy zakopali go i osiedlili się w tych krainach. Kto to wie? Co pan
powie?
Zygaj popatrzył na Mercindę, poczym
wybuchnął charczącym śmiechem gruźlika. W oczach stanęły mu łzy, które otarł
wierzchem spróchniałej dłoni. Pokręcił głową, odwrócił się na pięcie i wdrapał
na kozioł. Złapał wodze i zaciął nimi starą klacz. Nie oglądając się pojechał
drogą dalej, najeżdżając kołem na nogawkę spodni Erjona. Chłopak wrzasnął
przeszywająco. Klacz stanęła dęba, pękły sparciałe sznury, którymi była
przywiązana do wozu i pogalopowała przed siebie. Mercinda skinęła głową na
Kapciucha, który pobiegł za koniem. Oniemiały Zygaj patrzył za nimi, a pod
wozem Erjon wył i trzymał się za nogę.
-To jak będzie, panie Zygaj? – spytała
magiczka z zadowolonym uśmiechem.
Pół godziny później Erjon leżał
szczęśliwy na sianie, a Mercinda łagodnie powoziła, w ogóle nie zacinając
spokojnej już klaczy. Kapciuch truchtał obok wozu, a Jjik siedział mu na łbie,
rozwierając szczękoczułki w zachwycie. Zygaj gładził się po kasztanowych lokach
idąc w stronę pobliskiej wsi. Krok miał sprężysty jak za dawnych czasów, a
czyste ubranie wyglądało na kosztowne. Zaczynał nowe życie i bardzo mu się to
podobało.
* * *
-Jak to, co mi się stało. Nic mi się
nie stało, o czym ty mówisz, braciszku?
Siedziała na różowym łożu gładząc
małego, paskudnego pieska. Obok leżała taca z czekoladkami i owocami, a stojący
nieopodal lokaj był w gotowości, aby podać jej któryś ze smakołyków prosto do
ust, żeby się nie ubrudziła.
-Och, mówisz o tym wszystkim? –
machnęła niedbale ręką, ogarniając gestem całą komnatę i wszystkie
kosztowności, które w niej były. – To nic, przecież dalej jestem sobą. – rzekła
i otworzyła usta. Lokaj natychmiast włożył do nich winogrono. – Pffe! Z
pestkami!
Wypluła rozbebłany owoc na dywan i
wdzięcznie odsunęła nogi, żeby przypadkiem nie dotknąć tego świństwa.
-Cali, czy ty naprawdę nie widzisz
co się z tobą stało? – zajęczał Caleb.
-Właśnie, że nic mi się nie stało –
wysyczała Caliana przez zaciśnięte zęby.
-Nie, wcaale. Siedzisz tylko zadkiem
okrytym jedwabną suknią, wartą całą wieś, na jedwabnej pościeli, spoczywającej
na wielkim łożu z baldachimem, co warte jest tyle co pół kraju i wżerasz winogronka
podawane przez jakiegoś fagasa. Ależ oczywiście, jesteś taka jak zawsze. Taka
jak wtedy, kiedy biegałaś w szacie ze starej poszewki na poduszkę i kartonowych
butach i tarzałaś się w końskim łajnie w slumsach. Zero zmian, o czym ja w
ogóle mówię? Ale ze mnie idiota, coś mi się musiało pokręcić. Jak mogłem palnąć
takie głupstwo? Kurde, naprawdę tego nie rozumiem. Może za długo siedziałem w
słońcu? Może zwariowałem? A może po prostu mam cholerną rację?! – krzyknął w
końcu wściekły.
-Naprawdę nie uważam, że musisz przy
mnie używać tak brzydkich słów, braciszku. To jest bardzo nieładnie z twojej
strony, powinieneś się wstydzić. A ja powinnam kazać cię wyrzucić i wychłostać,
ale dam ci jeszcze jedną szansę. Bądź co bądź, jesteś moim bratem – rzekła
Caliana i zgromiła brata wzrokiem. – Jednakowoż, naprawdę, jest to twoja
ostatnia szansa na przeproszenie mnie.
-Za co? – na widok miny Caleba lokaj
parsknął, lecz szybko się opanował.
-Och, nie udawaj, że nie wiesz.
-Ale kiedy naprawdę nie wiem.
-Kłamiesz!
-Nie – odparł spokojnie Caleb.
-Jak śmiesz?! Przychodzisz tu,
obrażasz mnie, mimo że nigdy mnie nie przeprosiłeś za cokolwiek co zrobiłeś!
Jak mogłam ci przez te wszystkie lata wybaczać?! Wynoś się! Nie mogę na ciebie
patrzeć! Jesteś okropny! Caleb, ty draniu! Siadaj na miejsce! Co ty ro...?!
Lokaj odskoczył przed idącym
Calebem, i wiedział, że to był błąd. Chłopak podszedł do siostry i strzelił ją
w twarz.
-USPOKÓJ SIĘ! – ryknął i potrząsnął
nią za ramiona.
Służący rzucił się na pomoc,
wyciągając przed siebie ręce. Jednak nim zrobił dwa kroki Caleb odsunął się,
trzymając się za policzek. Siedząca na łożu Caliana patrzyła na wszystko
pustymi oczyma. Otrząsnęła się jak z transu i złapała za policzek. Wstała i
podeszła do brata. Zamachnęła się, chcąc wymierzyć cios, ale zatrzymała rękę w
powietrzu. Zamiast uderzyć, pogłaskała brata po twarzy i przytuliła.
-Dziękuję – szepnęła.
-Mhm, i tak mogę się założyć, że za
chwilę będziesz się drzeć, że cię nigdy nie przepraszałem.
-Ja, ja nie wiem co się ze mną
stało. To wszystko... To nie byłam ja. Wiesz o tym – pokręciła głową. - Co tu
robi ten fagas i czemu się na mnie gapi jakbym miała pięć cycków? Gdzie ja,
kurde, jestem?!
Caleb odchrząknął.
-W sumie to nie wiem. U jakiegoś
Lajera, czy coś, kij wie. No, w każdym razie, to… Czy on musi tu stać?
Służący drgnął. Pokłonił się i
wyszedł. Drzwi stuknęły cicho, kiedy je zamykał.
-No. Teraz lepiej. Słuchaj. To
wszystko jest nienormalne – Chłopak skoczył na łóżko, złapał z porzuconej na
nim tacy garść winogron i wpakował sobie do ust. – Obudziłem się w celi –
wybebłał żując. - Nie żeby było to najmilsze przebudzenie w moim życiu. Nie
myśl sobie siostrzyczko. Bywało lepiej. Jak wtedy, kiedy obudziłem się u boku
tej słodkiej młynareczki z ogromnymi… A mniejsza. W każdym razie. Ty też kurde
byłaś w tej celi i serio nie wiem od kiedy tu siedzisz. Wyglądałaś jakby
naprawdę trzepnął cię jakiś czar czy coś. W każdym razie, kiedy ty sobie słodko
siedziałaś i bawiłaś z tym fagasem, nie żebym coś sugerował, no wiesz, ale…
-Caleb! – warknęła ostrzegawczo
Cali. – przejdźże wreszcie do sedna.
-Kiedy się zabawiałaś z tym
fagasikiem ja zostałem zabrany z celi do gościa. Mówię ci, wygląda jak świr.
Jest stary i lubi młode panienki. W sumie pachniał jakąś trzynastolatką,
całkiem ładna musi być sądząc po zapachu. Wiesz, nie żebym lubił takie młode,
no ale…
-Ekchem.
-No już, już. Chodzi mi tylko oto,
że jesteśmy w całkiem niczego sobie zamku, u gościa bogatszego od większości
władców, co to niby te swoje bogactwa zbierają od kilkuset pokoleń wstecz. I
najpierw lądujemy w paskudnym lochu, by po chwili on przyjmował nas jak równych
sobie. Popatrz na siebie, wyglądasz jak jakaś księżniczka. Czegoś tu kompletnie
nie rozumiem. Niby powiedział, że przeprasza i tak dalej, że kazał nas od razu
przyprowadzić tutaj, ale coś mi tu śmierdzi. Choć raczej nie chce nas zabić.
Przynajmniej nie od razu. Dziwne natomiast jest to, że palnął w ciebie jakimś
zaklęciem, to nie mogło być nic innego, zresztą widać po nim, że zna się na
rzeczy… Nie rozumiem.
-To co zrobimy?
-W sumie żaden problem dla mnie,
możemy tu trochę posiedzieć, zabawić się. A jak się nam znudzi – pryśniemy.
-Caleb, ty skończony kretynie. Skoro
nas tu ściągnął, to nie tak dla zabawy, bo brakowało mu gęb do wyżywienia! I
skoro nas ściągnął, nie zwiejemy mu, dopóki nie powie nam czego od nas chce,
bądź kiedy sobie tego nie weźmie.
-A tam zaraz – chłopak wyszczerzył
się – No bo, co on może nam zrobić? Walnie zaklęciem? Straszne! – wzdrygnął się
teatralnie - Uuu nie przeżyjemy tego coś czuję.
-Zamknij się. Ktoś idzie.
Po chwili z korytarza dobiegły ich
kroki. Stawiane szybko ale pewnie zbliżały się nieubłaganie do komnaty.
Rodzeństwo popatrzyło na siebie z lękiem.
Drzwi otworzyły się z impetem,
poleciały po łuku, a odrzwia z rozpędem huknęły o ściany. Z korytarza wyleciało
kłębowisko fioletowego oparu w którym majaczyła postać. Postać poruszyła się i
po chwili wyłoniła z kłębów.
-Synu mój! Córko!
* * *
Wrzawa na sali rozgorzała na nowo.
Zgromadzeni w niej ludzie przekrzykiwali się i odgrażali, machali tłustymi łapskami,
bądź nerwowo gestykulowali wychudłymi kończynami. Przewracano kielichy, złote
talerze toczyły się pod ściany, a wszystkie wytrawne potrawy sypały się na
zimną posadzkę. O okna bębnił deszcz, szyby trzęsły się od uderzeń gromów. Arvid
odchylił się na krześle i zaczął studiować fresk zdobiący sufit nad stołem. Nie
będzie im przerywał, niech sobie pokrzyczą. W końcu nie będą drzeć się
wiecznie. Teraz pozdzierają sobie delikatne, arystokratyczne gardziołka i potem
będą siedzieć cicho, z braku sił na wykrzesanie odrobinę głośniejszego dźwięku
niźli szept. Arvid uznał to za dobry plan.
* * *
Najgorsze były noce. Zwłaszcza te spędzane z
dala od wsi i siedzib ludzi. Niestety jadąc w stronę zachodniej granicy
Arletanii człowiek rzadko trafiał na osady. Ewentualnie czasem na domek
pustelnika. Zaniedbane drogi nie sprzyjały podróży wozem, więc zostawili go
przy kolejnym napotkanym przewalonym drzewie, a starą klacz odpięli i
prowadzili. Wędrując przez mroczne lasy przyśpieszali. W dzień szybkim krokiem
mijali milczące, wiekowe drzewa, o zmierzchu z lękiem zaszywali się przy dróżce
i czekali aż kilka pierwszych promieni słonecznych przedrze się przez gęstwinę
koron. Ruszali wtedy z chęcią wydostania się na wolną przestrzeń, z sercem w
przełyku wyczekiwali na atak wyjących w pobliżu przerażających pomiotów nędzy,
grozy i mroku. Na otwartych terenach wcale nie było lepiej. Miast odpoczynku od
trwogi, trawiaste równiny pełne były żmij oraz trujących salamander, a z nieba
patrolowały je drapieżne ptaki, niekiedy dorównujące wielkością Erjonowi.
Mercinda coraz częściej spoglądała z
niepokojem na chłopaka, który szedł w ciszy, ze spuszczoną głową. Przy
wieczornym ognisku zawijał się w koc i siadał po drugiej stronie, odmawiał
jedzenia. W wyniku wzmożonego ruchu oraz skromnej, rzec można, znikomej diety,
wysoki, acz pulchny chłopiec tracił krągłe kształty, uwydatniały się obecne pod
warstwą tłuszczu mięśnie. Klatka piersiowa poszerzała się, rysy twarzy
twardniały.
Któregoś wyjątkowo chłodnego wieczoru Mercinda
wysłała go po drewno do lasu. Bez słowa wstał i ruszył w ciemność plątaniny
gałęzi. Magiczka i Kapciuch popatrzyli na siebie i odwrócili głowy w stronę
szarej postaci młodziana.
Szedł wolnym tempem, ostrożnie stąpał po
nieznanej ściółce. Od jakiegoś czasu posłusznie wykonywał wydawane mu
polecenia, pomimo, że jeszcze niespełna dwa tygodnie temu negował każde słowo
Mercindy. Bo dlaczegóż to miałby chodzić w ciemnościach sam? Bądź, co gorsza,
utrzymywać niezdrowe dla normalnego człowieka tempo marszu? Przecież nikt o
zdrowych zmysłach nie przechodzi dystansu do pokonania co najmniej w tydzień,
zaledwie w jedno popołudnie! (Co prawda, chłopak miał inną miarę prędkości
aniżeli ktokolwiek inny, co nie zmienia faktu iż rzeczywiście, podróż z Mercindą
i jej kotem była ponadprzeciętnie dziarska.) Wędrując w głąb lasu wygrzebywał z
mchu spróchniałe drwa i układał je w równy stosik na lewym przedramieniu. Kiedy
w końcu uznał, że stos jest wystarczający na ogień mogący płonąć (względnie
żarzyć się) minimalnie przez najbliższych kilka godzin, zawrócił w stronę
obozu.
Nie to żeby stał się nieustraszony, ale
słysząc otaczające go trzaski nocnego życia leśnego nie podskakiwał już jak
kiedyś, po prostu nie uważał tego za coś godnego uwagi. Ale kiedy w końcu zorientował
się, że seria dziwnych odgłosów powtarza się w dość regularnych odstępach, oraz
iż hałasy wyraźnie zbliżają się do niego, uznał że można by było przyśpieszyć.
Lecz było już za późno.
Drwa upadły z cichym plaśnięciem o mech,
tocząc się po nim natrafiły na wygrzebaną norkę myszy, grzebiąc śpiącą
domowniczkę pod warstwą zmurszałego drewna.
* * *
Drewniana szczapa spadła ze szczytu płonącej
się hałdy, sucha trawa zatliła się od niej, jednak słaby wiatr zdusił iskrę,
która znikła, pozostawiając po sobie jedynie smugę szarego, gęstego dymu.
W ciszy jaka nastała na polanie, upadająca
głowa w ciężkim czarnym hełmie brzmiała jak stara kula armatnia uderzająca o
dębową podłogę zaraz po wyturlaniu się z wielkiej gabloty któregoś z prawnuków
Rudobrodego.
Reszta zbroi gruchnęła po chwili o glebę, w
momencie kiedy Gytfryd odskoczył w tył. Mężczyzna zerknął na oniemiałych
żołnierzy stojących zgodnie z rozkazem w bezpiecznej odległości.
-Jestem niewidzialny – szepnął dla pewności.
Rzucił spojrzenie na ciało leżące przed nim.
Niespodziewanie, czarna zbroja zapadła się na wysokości łopatek. Wzdłuż
kręgosłupa zaczęło biec pęknięcie, a wraz z nim zbroja sprawiała wrażenie,
jakby uchodziło z niej powietrze. Gytfryd mrugnął; a kiedy otworzył oczy przed
nim leżała już tylko garstka połyskującego piasku. Poszukał wzrokiem głowy.
Leżała nieopodal, nietknięta. Jednak chwilę później i ona się skurczyła, a
zapadające się krawędzie przywodziły na myśl osypujący się piach.
Złapał oburącz miecz, wyciągnął go przed
siebie jako naiwną obronę przed żołnierzami. Ci jednak stali nieprzerwanie w
tej samej pozycji. Gytfryd złapał ostrze prawą ręką, opuścił je nieco. Powoli,
bardzo powoli zrobił krok w stronę najbliżej stojącego żołdaka. Wyciągnął stopę
przed siebie, ułożył ją pewnie na miękkim mchu, przeniósł ciężar ciała. Stanął
tuż obok zamarłego żołnierza, ten nie drgnął nawet o milimetr. Gytfryd wziął
zamach i uderzył w tchawicę. Ostrze wbiło się bez przeszkód, odrąbana głowa
malowniczo wzleciała w górę, wykręciła parę salt i upadła z mlaśnięciem na
nasiąknięty posoką mech. I znów pozbawione głowy ciało rozsypało się niczym
piasek, po za tym na polanie panowała względna cisza, przerywana westchnieniami
umierających.
Gytfryd podszedł do kolejnego żołdaka i dźgnął
go pomiędzy zachodzące na siebie płyty zbroi na brzuchu. Klinga wślizgnęła się
ze szczękiem we wnętrze nieruchomego żołnierza.
-Hm. – mruknął Gytfryd i wyszarpnął miecz.
Zamachnął się i odrąbał mu rękę. Ta opadła na
ziemię, gdzie rozwiał ją podmuch wiatru. Żołnierz stał dalej. Gdy Gytfryd brał
kolejny zamach, tym razem celując w szyję, okaleczone ramię poruszyło się.
Mężczyzna odskoczył i zastygł z wyciągniętym mieczem, gotowy odeprzeć atak. Ten
jednak nie nadszedł. Żołdak dalej stał bez ruchu, mylne wrażenie zagrożenia
wywarła na Gytfrydzie odrastająca ręka, której dopiero co pozbawił żołnierza.
Mężczyzna rozejrzał się po polanie; można by
było o niej powiedzieć, że była wymarła, gdyby nie porozrzucani gdzieniegdzie
konający ludzie. Oni jeszcze resztką sił dychali, więc ostatnie pasujące do
nich słowo to „wymarli”.
Przechodząc między nimi serce biło mu na
przemian szybciej i wolniej, by po chwili zamierać i na powrót kołatać w piersi niczym ptak, próbujący oswobodzić się
z klatki. Przy tych leżących już bez ruchu klękał i zamykał im oczy, zakrywał
nagie piersi, zespalając rozszarpane ubrania cichym mruczeniem zaklęć. Żegnał
się ze starymi znajomymi, obiecywał miejsce po prawicy Tahyda, tam gdzie
miejsce dobrych. Tych, którzy jeszcze ostatkiem sił łapali świszcząco powietrze
między wargi pocieszał, trzymając za dłonie szeptał słowa pocieszenia, a
ostatnie słowa, które biedacy słyszeli rozlewały się pomału w ich umysłach, otulały
ciepło zmysły, niczym przytulny koc. Gytfryd był tym, który powoli przeprowadzał
ich przez ciemną dolinę i oddawał w ręce Bogów.
Nim nastał ranek usta mu spierzchły, dłonie
skostniały z zimna, a zmęczenie opadło na niego jak stutonowy ładunek,
spowalniając jego ruchy. Świadomość, że wszyscy jego sąsiedzi i przyjaciele
zginęli w tak okropnych mękach wyssała z niego energię równie skutecznie co
przepłynięcie wpław oceanu.
W końcu padł załamany przy żarzącym się
jeszcze lekko kręgu na środku polany. I chodź od wielu lat nie uronił ani
jednej łzy, tego wieczoru nadrobił za wszelkie te dni.
* * *
-Dlaczego to zrobiłeś, kretynie ty jeden?!
-Nie mów tak do mnie, głupia. Co, wolałabyś, żeby
zobaczył nas pierwszy, zrobił „Oooh!” i zdzielił nas bez słowa? Dla mnie bomba.
-No ale żeby go tak od razu…? – Cali pochyliła
się nad leżąca na ziemi postacią – no popatrz, zdzieliłeś go tak, że łeb będzie
go bolał przez miesiąc.
-Smutne.
-Caleb!
-Dobrze! Zobaczymy, następnym razem
nic nie zrobię, mnie zatłuką, a ciebie sprzedadzą do zamtuza. I wtedy będzie płacz
i lament i „o Tahydzie, Caleb, czemu ja byłam taka głupia?”. Zobaczymy.
Chłopak przetrząsnął kieszenie
swojej ofiary nie zważając na oburzone spojrzenie siostry. Ku jego zawodowi
znalazł jedynie kawałek szkła, który wyrzucił w krzaki.
-Co z nim zrobimy? – spytała Cali,
kiedy chłopak wstał otrzepując ręce.
-Cholera, Cali, chyba coś ci się
stało po tym uroku, jesteś głupsza niż wcześniej. Nie patrz tak na mnie. Od
kiedy to przejmujemy się każdym jednym kretynem, którego położymy na glebie?
Chodź, chłopak da sobie radę.
*
Ból powoli ustępował, świat wdzierał
się wolno z powrotem, zmysły wychwytywały kolejne bodźce. Szelest liści, wiatr
na twarzy, twarde szyszki pod kręgosłupem, kłótnia… Zaraz, kłótnia?!
Otworzył przerażony oczy.
Niewybaczalny błąd, bo kolejny cios spadł sekundę później.
*
-Caleb!
-Spojrzał na mnie!
-Teraz to już musimy coś zrobić, po dwóch
ciosach to on tu przeleży ze dwa dni, a w tym lesie to chyba lekko głupi
pomysł, tak leżeć sobie bez ruchu.
*
-Coś mu długo schodzi.
-Mhm.
-Może się zgubił.
-Może.
-Idź.
-Nie.
-Nie dyskutuj, strasznie się rozpiecuszyłeś
przez te kilka lat.
-Chyba kilkaset.
-Nie pyskuj.
Westchnął i zeskoczył zgrabnie z kłody. Ruszył
wolno przez polanę, towarzyszył mu cichy furkot skrzydeł.
*
-Csiii, coś słyszę.
Rodzeństwo przerwało ciągnięcie nieruchomego
ciała. Caleb pociągnął nosem.
-Nic nie czuję. – mruknął przygnębiony.
-Ha! Ciekawe czemu.
Zastygli w ciszy. Po za dźwiękami nocnego lasu
nie słychać było nic. Jedynie kręcące się zwierzęta, hukającą sowę, pełznącego
pośród igieł zaskrońca.
-Zdawało mi się, dookoła słychać to co zawsze
w takich miejscach. No, dzisiaj dla odmiany od dwóch godzin lezie za nami jakiś
wilkołak, zazwyczaj w lasach ich nie było. Na równinach to może. A. I jakiś kot
kręci się w pobliżu.
-Kot? – ruszyli dalej ciągnąc obezwładnioną
ofiarę.
-Kot.
-Tutaj nie powinno być kotów. Każdy wie, że
koty nienawidzą Mrocznych Ostępów. – Caleb puścił dłoń nieszczęśnika, przez co
jego głowa opadła na ściółkę.
-Ten jest inny. Mam się z nim kłócić? –
dziewczyna zmierzyła brata wzrokiem i uniosła wyżej drugą rękę wleczonego przez
nich chłopaka, starając się, aby jego głowa nie dotykała więcej ziemi. Stęknęła
próbując utrzymać ciężar w jednej pozycji nie przestając jednocześnie iść. –
Poza tym… uh. Poza tym, ten kot w ogóle jest jakiś dziwny, kręci się ciągle w
pobliżu nas. Ale jak chcesz… eh. Jak chcesz, to się z nim kłóć. Tylko złap tą
łapę z powrotem do cholery.
Caleb burknął coś jak zwykle pod nosem, ale
wspomógł siostrę w targaniu otumanionego przezeń chłopaka. I tylko ten kręcący
się w pobliżu kot nie dawał mu spokoju.
-Ej. Ale co może tu robić kot? No bo. Czego on
tu może szukać. Każdy normalny Miałczek siedzi sobie w domu, odwiedza panie
Miałczyńskie, żre innych Miałczków i unika miejsc jak to. Z tym to i kłótnia
byłaby pewnie ciekawa – i znów głowa chłopaka wyrżnęła o glebę. – A co jeśli to
nie jest zwykły kot?
-Nie wkurzaj mnie. Łap tą grabę i nie gadaj. To
i tak twoja wina. Jak zwykle zresztą. Właściwie to sam powinieneś go dźwigać,
po co ja ci pomagam.
-Bo jesteś głupia. Gdyby to ode mnie zależało,
to nie musiałabyś niczego dźwigać. Ty się uparłaś, no to sobie ciągniesz tego
chłopaka. A ja ci litościwie pomagam!
-Litościwie! Ha! Wiesz co, ty sobie lepiej idź
pokłóć się z tym kotem, a nie mi z taką wielką litością pomagasz. Wielki,
Litościwy Caleb. Kto by pomyślał! – mówiąc to Cali znów usiłowała ratować głowę
chłopaka przed kontaktem z ziemią.
-A może i pójdę! Już nawet kłótnia z kotem
jest ciekawsza niż przebywanie z tobą! – jej brat nie przejął się szczególnie
wysiłkami siostry. W końcu to tylko jakaś głowa. Nie jego własna, nie musi o
nią dbać.
-No i dobrze!
-Ajajaj, moi drodzy, ja wcale nie mam zamiaru
się z nikim kłócić. – Głos dochodził jakby z krzaków. I zważywszy na
okoliczności był przerażający.
Rodzeństwo stanęło jak wryte. Musiało im się
przesłyszeć. Mieli taką nadzieję. Cali ogłuszał huk serc jej i brata. Próbowała
usłyszeć coś po za tym. Spojrzała na brata.
~Uspokój się, to może coś usłyszę.
~Sama się uspokój, od początku wiedziałem że
coś jest nie tak z tym kotem.
~Jakim kotem?
Caleb wskazał palcem przed siebie. Istotnie,
kilka kroków od nich stał kot. Niby przeciętny, czarny kot, ale coś dziwnego
było w jego spojrzeniu. I postawie. Oczywiście
nie zapominając o tym, że przed chwilą przemówił, co skutecznie uciszyło
sprzeczkę, oraz o tym, że wyglądało na to, że ma zamiar powiedzieć coś więcej.
-Jak już wspomniałem, zatarg między nami jest
mi nie w smak, jednak będziecie musieli się dość barwnie wytłumaczyć z faktu
ciągnięcia mojego nieprzytomnego przyjaciela nocą, pośród drzew. Sami
przyznacie, że sytuacja jest dość niedwuznaczna.
Caliana otworzyła usta. Po chwili je zamknęła.
Jej brat zapatrzył się na własne buty. Otworzyła raz jeszcze usta. I zamknęła.
Kot nie wyglądał na usatysfakcjonowanego
odpowiedzią. Machnął więc długim ogonem dwa razy i prychnął. To wywołało
kolejną falę strachu u stojącej przed nim pary. Nie zwrócił na to uwagi i już
chciał wyegzekwować odpowiedź, gdy znów usłyszał to irytujące bzyczenie, a Jjik
z bojowym klekotaniem szczęk śmignął mu koło ucha i w pełnym pędzie uderzył w
czoło Caleba.
-Aał! –chłopak złapał się za głowę, a Cali
ruszyła mu na pomoc, na chwilkę zapanował chaos, kiedy Jjik próbował ugryźć
dłoń przyłożoną gorączkowo do bolącego miejsca.
-Widzicie… - zaczął cichutko Kapciuch. – JA
kłócić się nie widzę powodu, co innego mój porywczy towarzysz. Jjik, skończ już
proszę. Daj im się wypowiedzieć.
Mrówka niechętnie zostawiła palce swojej
ofiary i przycupnęła na klatce piersiowej leżącego bezwładnie Erjona.
-No, słuchamy. – odezwał się kocur,
przysiadłszy z gracją na mchu.
-Ten potwór wyrżnął mnie w czoło! – zawył
Caleb. – Zresztą, nie przywykłem do rozmów z dachowcami.
*
-Będziesz mógł opowiadać nowe, piękne historie
napotkanym panienkom. Coś w stylu: „Ta blizna? Oh, to nic takiego, zarobiłem ją
w walce z dziką panterą, która napadła mnie i moją siostrę w puszczy.” Na pewno
żadna z nich nie zauważy, że pantera ma nieco większe pazury, w końcu to tylko
jakaśtam panienka, nie musi wiedzieć takich rzeczy. A ty masz kolejną zmyśloną
opowieść do bajerowania.
Czy Cali była okrutna dla brata, który ściskał
krwawiący policzek wznosząc modły o brak wielkiej i szpetnej blizny? Skądże.
Ona tylko ukazywała mu plusy zaistniałej sytuacji.
-Po za tym, może zmądrzejesz i nie będziesz
obrażał wszystkich wkoło. I mężczyźni w zajazdach nie będą ci wypominali, że
masz mleko pod nosem, żeś śliczniusi i gładziusi jak pupcia niemowlaczka. O i
żadna z panienek nie odmówi ci odwagi! Same dobre strony! A to, że wyglądasz
jak przygłup to już inna sprawa, i tak niewiele by ci pomogło, pogorszyć też
już się zbytnio nie da. Nie przejmuj się, nie masz czym.
Kapciuch starał się nie zwracać uwagi na utyskiwania
dziewczyny, szedł dumnie przed rodzeństwem, ocucony przezeń Erjon zbierał
naprędce drewno, po które przecież poszedł, które miał przynieść i przyniesie.
Zerkał przy tym na Caleba z dziwnym wyrazem twarzy jakby uważał, że musi go od
teraz pilnować.
Noc była zadziwiająco spokojna, ale zimna.
Idąc pocierali dłonie i chuchali na nie, podświadomie przyśpieszali, byleby
było cieplej, byleby szybciej dotrzeć do celu i rozpalić ognisko. Caliana
zmęczyła się szybkim chodem i wypominaniem bratu jego głupoty, umilkła więc i
raz na jakiś czas podnosiła z ziemi gałąź, którą przytulała mocno do piersi jak gdyby była ona w stanie dać odrobinę więcej
ciepła. Nie dawała. Jjik siedział jak zwykle uradowany na głowie Erjona,
szczęśliwy że go uratował od pewnej śmierci z rąk okropnych porywaczy.
W końcu ujrzeli kraniec puszczy i wyszli na
polanę, na której czekała Mercinda. Z uniesionymi brwiami obejrzała ciemne
sylwetki Caleba i jego siostrę i jej wzrok spoczął na Erjonie.
-No chłopcze, miałeś tylko iść po drewno,
gdzieżeś zniknął na tak długo?
Nie czekając na jego odpowiedź, której pewnie
i tak by się nie doczekała, wzięła od niego chrust i przykucnąwszy, ułożyła
zgrabny stosik. Chuchnęła nań, a płomień jął trzaskać wesoło. Zadowolona z
efektu wstała, otrzepała długą spódnicę i cmoknęła widząc, że Cali trzyma
kolejny stosik.
-Trzeba było od razu mówić, że też coś
przytargałaś, a nie stać jak to cielę i się patrzeć. No nic. Będzie na zapas.
Siadajcie. Ogrzejcie się, za chwilę zajmę się kolacją. A ty Kapciuchu
opowiadaj.
-Właściwie to niewiele mogę ci opowiedzieć,
Mercindo. Sam niewiele usłyszałem.
Szukałem Erjona, idąc usłyszałem, że ktoś podąża niedaleko mnie. Uznałem, że
mogę spytać czy nie widzieli przypadkiem chłopaka. Okazało się, że go widzieli,
a i owszem. Nawet udało im się wejść w interakcję, co poskutkowało pozbawieniem
Erjona przytomności. Dość niefortunna sytuacja na zapoznawanie się, kiedy jacyś
nieznajomi ciągną twego towarzysza przez las, szorując jego głową po ściółce, nieprawdaż?
-No, nie bądź taki cierpki, Kapciuchu, jestem
pewna, że mają na to jakieś wytłumaczenie, prawda, moi drodzy? – magiczka
skierowała wzrok ku rodzeństwu, zakładając ręce na piersiach.
Mam nadzieję, że nie wyśmiejecie mnie za trzyletnią pracę, której owocem jest jedynie marne szesnaście stron. :x
Według planu, koniec ujrzy Światło Dzienne najpóźniej do tegorocznego grudnia.
I wcale nie krzyżuję palców gdy to mówię!
Póki co, życzę Wam miłego dnia, czy tam już prawie wieczoru. c:
Widzimy się w najbliższym czasie!