wtorek, 7 stycznia 2014

"Kapciuch" - Rozdział trzeci.

Dobry dzień. 
Od teraz zaczyna się największa zabawa, Panie i Panowie. 
Bo to są ostatnie i najnowsze zapiski "Kapciucha".
Cóż. 
Będę się starać dorzucać po kawałku raz w tygodniu, w końcu od początku było takie założenie. c: 
Życzcie mi szczęścia! 




Rozdział 3

            -Wyruszyli w nocy, żeby nie wzbudzać sensacji. Chłopak patrzył przez chwilę za swym domem i ponoć uronił łzę, ale był dumny, że w końcu wyrusza w świat i zostanie sławnym rycerzem.
            -Ale dziadku, pseciesz wtedy nie było rycerzów!
            Dziadek mlasnął i spojrzał z bezzębnym uśmiechem na wnuczkę.
            -A czemu tak uważasz, kruszynko?
            -No bo... No bo... Krocek mi tak pofiedział! I on mófił, że te wfsystkie rycerze to bujda, jego tatko mófi, że rycerzów nigdy nie było! Bo ftedy fsyscy patseli tylko na siebie i nie fiedzieli co to honor, a po za tym, to nikt nie był dobry.
            -I tu w poniekąd masz rację, kruszynko. Były to dość barbarzyńskie czasy, ale z dobrocią wśród ludzi robiło się coraz lepiej. W każdym razie, Erjon chciał zostać rycerzem, bo słyszał o nich wiele dobrego. Zresztą rycerze sami opowiadali o swoich wyczynach, żeby zdobyć poparcie wieśniaków. Zazwyczaj sprawiali więcej kłopotów aniżeli dobrego. Na przykład przychodzili do karczmy i upijali się, a w pijackim amoku niszczyli wszystko dookoła. Ale o tym się nie mówiło, wolno było tylko ich wychwalać, tak więc Erjon uważał, że zostanie rycerzem, to najlepsza rzecz jaka może go spotkać. Oprócz zostania królem oczywiście.
            Starzec zrobił krótką pauzę na oddech, po czym kontynuował.
            -Jak już mówiłem, wyruszyli po zmroku i skierowali się na wschód, ku granicy, którą mieli zamiar przekroczyć i powędrować do mistycznego Drzewa. Była to droga długa i ciężka, ale młodzieniec dzielnie dawał sobie radę i, jak podają źródła, ani razu się nie skarżył.


* * *

            -Psze pani! Ja już nie mogę! Zaraz umrę! Przerwa? – dodał z nadzieją w głosie Erjon.
            Nie czekając na odpowiedź, padł na ziemię i leżał z policzkiem przy ziemi dopóty, dopóki Mercinda nie podeszła do niego. Wtedy uniósł lekko głowę, by położyć ją zaraz z powrotem.
            -Erjonie, postój był dziesięć minut temu. Wstań natychmiast – rzekł znużony Kapciuch.
            -Nie mogę – mruknął chłopak. – Nigdzie dalej nie idę.
            -Po co go zabrałaś? – spytał półgębkiem Kapciuch Mercindę.
            -Bo jest potrzebny – westchnęła magiczka, po czym przemówiła donośnym głosem – Erjonie, masz natychmiast wstać i iść dalej, Jeśli nie, zostawimy cię tutaj.
            -Bardzo dobry pomysł – wymamrotał Erjon w piach.
            Kapciuch pokręcił łbem i odszedł sfrustrowany parę kroków, Jjik poleciał za nim. Od jakiegoś czasu nie odstępował kota na krok i robił wszystko co on. Mercinda tymczasem namawiała Erjona do dalszej drogi. Kot usłyszał zbliżającego się człowieka. Prychnął ostrzegawczo na magiczkę, a ta wstała z kucek i spojrzała na drogę, po której toczył się wóz ciągnięty przez starą kobyłę. Na koźle siedział siwy mężczyzna pogwizdując cichutko. Na widok leżącego na ziemi chłopca zatrzymał konia i zeskoczył z wozu. Podszedł do magiczki i pokłonił się.
            -Witam szanowną panią, w ten piękny dzień. Z chłopakiem wszystko w porządku?
            -Tak. Po prostu się zmęczyłem, a ci sadyści ciągną mnie nie wiadomo gdzie. Chcę umrzeć – wybąkał Er.
            Mężczyzna uniósł brwi i odchrząknął.
            -Pan się nie przejmuje, ja tu sobie poleżę – mruczał chłopak.
            Mercinda w międzyczasie grzebała w pakunkach, które miał na plecach Erjon. Skonsternowany starzec stał obok nie bardzo wiedząc co ma uczynić. Pochylająca się przed nim kobieta nie zwracała na niego uwagi, a leżący obok młodzieniec wydawał dziwne odgłosy. Dodatkowo wszystko obserwował czarny kot z zielonym ogonem, którym co jakiś czas machał.
            -Czy szanowna pani... – zaczął, ale Mercinda przerwała mu unosząc dłoń.
            Zamarł z otwartymi ustami, po czym zamknął je. Wziął oddech i ponownie otworzył usta, ale magiczka ponownie uniosła dłoń, uciszając go. Wreszcie znalazła to, czego szukała. Podniosła przedmiot i przyjrzała mu się pod słońce. Trzymała mały flakonik, ze złotą, oleistą cieczą w środku. Dopiero teraz odwróciła się do starca.
            -Czy byłby pan skłonny odsprzedać nam ten wóz i klacz?
            Mężczyzna zdjął słomiany kapelusz i podrapał się po przerzedzonych, siwych włosach.
            -Nie bardzo. Nie. Zdecydowanie nie.
            -Nawet za spełnienie marzeń? – magiczka zaczęła bawić się flakonikiem.
            -Słucham?
            -Zawrzyjmy umowę, panie...?
            -Zygaj.
            -Panie Zygaj. W tym oto flakoniku znajduje się esencja szczęścia. Działa dość krótko, jakieś dwadzieścia cztery godziny. W tym czasie, wszystko co pana spotka będzie miało dobry skutek. Na przykład pański pies wykopie w ogródku skarb trzech pokoleń książąt, mieszkających za morzem, który to skarb został zrabowany i przywieziony przez piratów, którzy zakopali go i osiedlili się w tych krainach. Kto to wie? Co pan powie?
            Zygaj popatrzył na Mercindę, poczym wybuchnął charczącym śmiechem gruźlika. W oczach stanęły mu łzy, które otarł wierzchem spróchniałej dłoni. Pokręcił głową, odwrócił się na pięcie i wdrapał na kozioł. Złapał wodze i zaciął nimi starą klacz. Nie oglądając się pojechał drogą dalej, najeżdżając kołem na nogawkę spodni Erjona. Chłopak wrzasnął przeszywająco. Klacz stanęła dęba, pękły sparciałe sznury, którymi była przywiązana do wozu i pogalopowała przed siebie. Mercinda skinęła głową na Kapciucha, który pobiegł za koniem. Oniemiały Zygaj patrzył za nimi, a pod wozem Erjon wył i trzymał się za nogę.
            -To jak będzie, panie Zygaj? – spytała magiczka z zadowolonym uśmiechem.
            Pół godziny później Erjon leżał szczęśliwy na sianie, a Mercinda łagodnie powoziła, w ogóle nie zacinając spokojnej już klaczy. Kapciuch truchtał obok wozu, a Jjik siedział mu na łbie, rozwierając szczękoczułki w zachwycie. Zygaj gładził się po kasztanowych lokach idąc w stronę pobliskiej wsi. Krok miał sprężysty jak za dawnych czasów, a czyste ubranie wyglądało na kosztowne. Zaczynał nowe życie i bardzo mu się to podobało.

* * *

            -Jak to, co mi się stało. Nic mi się nie stało, o czym ty mówisz, braciszku?
            Siedziała na różowym łożu gładząc małego, paskudnego pieska. Obok leżała taca z czekoladkami i owocami, a stojący nieopodal lokaj był w gotowości, aby podać jej któryś ze smakołyków prosto do ust, żeby się nie ubrudziła.
            -Och, mówisz o tym wszystkim? – machnęła niedbale ręką, ogarniając gestem całą komnatę i wszystkie kosztowności, które w niej były. – To nic, przecież dalej jestem sobą. – rzekła i otworzyła usta. Lokaj natychmiast włożył do nich winogrono. – Pffe! Z pestkami!
            Wypluła rozbebłany owoc na dywan i wdzięcznie odsunęła nogi, żeby przypadkiem nie dotknąć tego świństwa.
            -Cali, czy ty naprawdę nie widzisz co się z tobą stało? – zajęczał Caleb.
            -Właśnie, że nic mi się nie stało – wysyczała Caliana przez zaciśnięte zęby.
            -Nie, wcaale. Siedzisz tylko zadkiem okrytym jedwabną suknią, wartą całą wieś, na jedwabnej pościeli, spoczywającej na wielkim łożu z baldachimem, co warte jest tyle co pół kraju i wżerasz winogronka podawane przez jakiegoś fagasa. Ależ oczywiście, jesteś taka jak zawsze. Taka jak wtedy, kiedy biegałaś w szacie ze starej poszewki na poduszkę i kartonowych butach i tarzałaś się w końskim łajnie w slumsach. Zero zmian, o czym ja w ogóle mówię? Ale ze mnie idiota, coś mi się musiało pokręcić. Jak mogłem palnąć takie głupstwo? Kurde, naprawdę tego nie rozumiem. Może za długo siedziałem w słońcu? Może zwariowałem? A może po prostu mam cholerną rację?! – krzyknął w końcu wściekły.
            -Naprawdę nie uważam, że musisz przy mnie używać tak brzydkich słów, braciszku. To jest bardzo nieładnie z twojej strony, powinieneś się wstydzić. A ja powinnam kazać cię wyrzucić i wychłostać, ale dam ci jeszcze jedną szansę. Bądź co bądź, jesteś moim bratem – rzekła Caliana i zgromiła brata wzrokiem. – Jednakowoż, naprawdę, jest to twoja ostatnia szansa na przeproszenie mnie.
            -Za co? – na widok miny Caleba lokaj parsknął, lecz szybko się opanował.
            -Och, nie udawaj, że nie wiesz.
            -Ale kiedy naprawdę nie wiem.
            -Kłamiesz!
            -Nie – odparł spokojnie Caleb.
            -Jak śmiesz?! Przychodzisz tu, obrażasz mnie, mimo że nigdy mnie nie przeprosiłeś za cokolwiek co zrobiłeś! Jak mogłam ci przez te wszystkie lata wybaczać?! Wynoś się! Nie mogę na ciebie patrzeć! Jesteś okropny! Caleb, ty draniu! Siadaj na miejsce! Co ty ro...?!
            Lokaj odskoczył przed idącym Calebem, i wiedział, że to był błąd. Chłopak podszedł do siostry i strzelił ją w twarz.
            -USPOKÓJ SIĘ! – ryknął i potrząsnął nią za ramiona.
            Służący rzucił się na pomoc, wyciągając przed siebie ręce. Jednak nim zrobił dwa kroki Caleb odsunął się, trzymając się za policzek. Siedząca na łożu Caliana patrzyła na wszystko pustymi oczyma. Otrząsnęła się jak z transu i złapała za policzek. Wstała i podeszła do brata. Zamachnęła się, chcąc wymierzyć cios, ale zatrzymała rękę w powietrzu. Zamiast uderzyć, pogłaskała brata po twarzy i przytuliła.
            -Dziękuję – szepnęła.
            -Mhm, i tak mogę się założyć, że za chwilę będziesz się drzeć, że cię nigdy nie przepraszałem.
            -Ja, ja nie wiem co się ze mną stało. To wszystko... To nie byłam ja. Wiesz o tym – pokręciła głową. - Co tu robi ten fagas i czemu się na mnie gapi jakbym miała pięć cycków? Gdzie ja, kurde, jestem?!
            Caleb odchrząknął.
            -W sumie to nie wiem. U jakiegoś Lajera, czy coś, kij wie. No, w każdym razie, to… Czy on musi tu stać?
            Służący drgnął. Pokłonił się i wyszedł. Drzwi stuknęły cicho, kiedy je zamykał.
            -No. Teraz lepiej. Słuchaj. To wszystko jest nienormalne – Chłopak skoczył na łóżko, złapał z porzuconej na nim tacy garść winogron i wpakował sobie do ust. – Obudziłem się w celi – wybebłał żując. - Nie żeby było to najmilsze przebudzenie w moim życiu. Nie myśl sobie siostrzyczko. Bywało lepiej. Jak wtedy, kiedy obudziłem się u boku tej słodkiej młynareczki z ogromnymi… A mniejsza. W każdym razie. Ty też kurde byłaś w tej celi i serio nie wiem od kiedy tu siedzisz. Wyglądałaś jakby naprawdę trzepnął cię jakiś czar czy coś. W każdym razie, kiedy ty sobie słodko siedziałaś i bawiłaś z tym fagasem, nie żebym coś sugerował, no wiesz, ale…
            -Caleb! – warknęła ostrzegawczo Cali. – przejdźże wreszcie do sedna.
-Kiedy się zabawiałaś z tym fagasikiem ja zostałem zabrany z celi do gościa. Mówię ci, wygląda jak świr. Jest stary i lubi młode panienki. W sumie pachniał jakąś trzynastolatką, całkiem ładna musi być sądząc po zapachu. Wiesz, nie żebym lubił takie młode, no ale…
            -Ekchem.
            -No już, już. Chodzi mi tylko oto, że jesteśmy w całkiem niczego sobie zamku, u gościa bogatszego od większości władców, co to niby te swoje bogactwa zbierają od kilkuset pokoleń wstecz. I najpierw lądujemy w paskudnym lochu, by po chwili on przyjmował nas jak równych sobie. Popatrz na siebie, wyglądasz jak jakaś księżniczka. Czegoś tu kompletnie nie rozumiem. Niby powiedział, że przeprasza i tak dalej, że kazał nas od razu przyprowadzić tutaj, ale coś mi tu śmierdzi. Choć raczej nie chce nas zabić. Przynajmniej nie od razu. Dziwne natomiast jest to, że palnął w ciebie jakimś zaklęciem, to nie mogło być nic innego, zresztą widać po nim, że zna się na rzeczy… Nie rozumiem.
            -To co zrobimy?
            -W sumie żaden problem dla mnie, możemy tu trochę posiedzieć, zabawić się. A jak się nam znudzi – pryśniemy.
            -Caleb, ty skończony kretynie. Skoro nas tu ściągnął, to nie tak dla zabawy, bo brakowało mu gęb do wyżywienia! I skoro nas ściągnął, nie zwiejemy mu, dopóki nie powie nam czego od nas chce, bądź kiedy sobie tego nie weźmie.
            -A tam zaraz – chłopak wyszczerzył się – No bo, co on może nam zrobić? Walnie zaklęciem? Straszne! – wzdrygnął się teatralnie - Uuu nie przeżyjemy tego coś czuję.
            -Zamknij się. Ktoś idzie.
            Po chwili z korytarza dobiegły ich kroki. Stawiane szybko ale pewnie zbliżały się nieubłaganie do komnaty. Rodzeństwo popatrzyło na siebie z lękiem.
            Drzwi otworzyły się z impetem, poleciały po łuku, a odrzwia z rozpędem huknęły o ściany. Z korytarza wyleciało kłębowisko fioletowego oparu w którym majaczyła postać. Postać poruszyła się i po chwili wyłoniła z kłębów.
            -Synu mój! Córko!

* * *

Wrzawa na sali rozgorzała na nowo. Zgromadzeni w niej ludzie przekrzykiwali się i odgrażali, machali tłustymi łapskami, bądź nerwowo gestykulowali wychudłymi kończynami. Przewracano kielichy, złote talerze toczyły się pod ściany, a wszystkie wytrawne potrawy sypały się na zimną posadzkę. O okna bębnił deszcz, szyby trzęsły się od uderzeń gromów. Arvid odchylił się na krześle i zaczął studiować fresk zdobiący sufit nad stołem. Nie będzie im przerywał, niech sobie pokrzyczą. W końcu nie będą drzeć się wiecznie. Teraz pozdzierają sobie delikatne, arystokratyczne gardziołka i potem będą siedzieć cicho, z braku sił na wykrzesanie odrobinę głośniejszego dźwięku niźli szept. Arvid uznał to za dobry plan.

* * *


Najgorsze były noce. Zwłaszcza te spędzane z dala od wsi i siedzib ludzi. Niestety jadąc w stronę zachodniej granicy Arletanii człowiek rzadko trafiał na osady. Ewentualnie czasem na domek pustelnika. Zaniedbane drogi nie sprzyjały podróży wozem, więc zostawili go przy kolejnym napotkanym przewalonym drzewie, a starą klacz odpięli i prowadzili. Wędrując przez mroczne lasy przyśpieszali. W dzień szybkim krokiem mijali milczące, wiekowe drzewa, o zmierzchu z lękiem zaszywali się przy dróżce i czekali aż kilka pierwszych promieni słonecznych przedrze się przez gęstwinę koron. Ruszali wtedy z chęcią wydostania się na wolną przestrzeń, z sercem w przełyku wyczekiwali na atak wyjących w pobliżu przerażających pomiotów nędzy, grozy i mroku. Na otwartych terenach wcale nie było lepiej. Miast odpoczynku od trwogi, trawiaste równiny pełne były żmij oraz trujących salamander, a z nieba patrolowały je drapieżne ptaki, niekiedy dorównujące wielkością Erjonowi.
Mercinda coraz częściej spoglądała z niepokojem na chłopaka, który szedł w ciszy, ze spuszczoną głową. Przy wieczornym ognisku zawijał się w koc i siadał po drugiej stronie, odmawiał jedzenia. W wyniku wzmożonego ruchu oraz skromnej, rzec można, znikomej diety, wysoki, acz pulchny chłopiec tracił krągłe kształty, uwydatniały się obecne pod warstwą tłuszczu mięśnie. Klatka piersiowa poszerzała się, rysy twarzy twardniały.
Któregoś wyjątkowo chłodnego wieczoru Mercinda wysłała go po drewno do lasu. Bez słowa wstał i ruszył w ciemność plątaniny gałęzi. Magiczka i Kapciuch popatrzyli na siebie i odwrócili głowy w stronę szarej postaci młodziana.
Szedł wolnym tempem, ostrożnie stąpał po nieznanej ściółce. Od jakiegoś czasu posłusznie wykonywał wydawane mu polecenia, pomimo, że jeszcze niespełna dwa tygodnie temu negował każde słowo Mercindy. Bo dlaczegóż to miałby chodzić w ciemnościach sam? Bądź, co gorsza, utrzymywać niezdrowe dla normalnego człowieka tempo marszu? Przecież nikt o zdrowych zmysłach nie przechodzi dystansu do pokonania co najmniej w tydzień, zaledwie w jedno popołudnie! (Co prawda, chłopak miał inną miarę prędkości aniżeli ktokolwiek inny, co nie zmienia faktu iż rzeczywiście, podróż z Mercindą i jej kotem była ponadprzeciętnie dziarska.) Wędrując w głąb lasu wygrzebywał z mchu spróchniałe drwa i układał je w równy stosik na lewym przedramieniu. Kiedy w końcu uznał, że stos jest wystarczający na ogień mogący płonąć (względnie żarzyć się) minimalnie przez najbliższych kilka godzin, zawrócił w stronę obozu.
Nie to żeby stał się nieustraszony, ale słysząc otaczające go trzaski nocnego życia leśnego nie podskakiwał już jak kiedyś, po prostu nie uważał tego za coś godnego uwagi. Ale kiedy w końcu zorientował się, że seria dziwnych odgłosów powtarza się w dość regularnych odstępach, oraz iż hałasy wyraźnie zbliżają się do niego, uznał że można by było przyśpieszyć. Lecz było już za późno.
Drwa upadły z cichym plaśnięciem o mech, tocząc się po nim natrafiły na wygrzebaną norkę myszy, grzebiąc śpiącą domowniczkę pod warstwą zmurszałego drewna.

* * *

Drewniana szczapa spadła ze szczytu płonącej się hałdy, sucha trawa zatliła się od niej, jednak słaby wiatr zdusił iskrę, która znikła, pozostawiając po sobie jedynie smugę szarego, gęstego dymu.
W ciszy jaka nastała na polanie, upadająca głowa w ciężkim czarnym hełmie brzmiała jak stara kula armatnia uderzająca o dębową podłogę zaraz po wyturlaniu się z wielkiej gabloty któregoś z prawnuków Rudobrodego.
Reszta zbroi gruchnęła po chwili o glebę, w momencie kiedy Gytfryd odskoczył w tył. Mężczyzna zerknął na oniemiałych żołnierzy stojących zgodnie z rozkazem w bezpiecznej odległości.
-Jestem niewidzialny – szepnął dla pewności.
Rzucił spojrzenie na ciało leżące przed nim. Niespodziewanie, czarna zbroja zapadła się na wysokości łopatek. Wzdłuż kręgosłupa zaczęło biec pęknięcie, a wraz z nim zbroja sprawiała wrażenie, jakby uchodziło z niej powietrze. Gytfryd mrugnął; a kiedy otworzył oczy przed nim leżała już tylko garstka połyskującego piasku. Poszukał wzrokiem głowy. Leżała nieopodal, nietknięta. Jednak chwilę później i ona się skurczyła, a zapadające się krawędzie przywodziły na myśl osypujący się piach.
Złapał oburącz miecz, wyciągnął go przed siebie jako naiwną obronę przed żołnierzami. Ci jednak stali nieprzerwanie w tej samej pozycji. Gytfryd złapał ostrze prawą ręką, opuścił je nieco. Powoli, bardzo powoli zrobił krok w stronę najbliżej stojącego żołdaka. Wyciągnął stopę przed siebie, ułożył ją pewnie na miękkim mchu, przeniósł ciężar ciała. Stanął tuż obok zamarłego żołnierza, ten nie drgnął nawet o milimetr. Gytfryd wziął zamach i uderzył w tchawicę. Ostrze wbiło się bez przeszkód, odrąbana głowa malowniczo wzleciała w górę, wykręciła parę salt i upadła z mlaśnięciem na nasiąknięty posoką mech. I znów pozbawione głowy ciało rozsypało się niczym piasek, po za tym na polanie panowała względna cisza, przerywana westchnieniami umierających.
Gytfryd podszedł do kolejnego żołdaka i dźgnął go pomiędzy zachodzące na siebie płyty zbroi na brzuchu. Klinga wślizgnęła się ze szczękiem we wnętrze nieruchomego żołnierza.
-Hm. – mruknął Gytfryd i wyszarpnął miecz.
 Zamachnął się i odrąbał mu rękę. Ta opadła na ziemię, gdzie rozwiał ją podmuch wiatru. Żołnierz stał dalej. Gdy Gytfryd brał kolejny zamach, tym razem celując w szyję, okaleczone ramię poruszyło się. Mężczyzna odskoczył i zastygł z wyciągniętym mieczem, gotowy odeprzeć atak. Ten jednak nie nadszedł. Żołdak dalej stał bez ruchu, mylne wrażenie zagrożenia wywarła na Gytfrydzie odrastająca ręka, której dopiero co pozbawił żołnierza.
Mężczyzna rozejrzał się po polanie; można by było o niej powiedzieć, że była wymarła, gdyby nie porozrzucani gdzieniegdzie konający ludzie. Oni jeszcze resztką sił dychali, więc ostatnie pasujące do nich słowo to „wymarli”.
Przechodząc między nimi serce biło mu na przemian szybciej i wolniej, by po chwili zamierać i na powrót kołatać  w piersi niczym ptak, próbujący oswobodzić się z klatki. Przy tych leżących już bez ruchu klękał i zamykał im oczy, zakrywał nagie piersi, zespalając rozszarpane ubrania cichym mruczeniem zaklęć. Żegnał się ze starymi znajomymi, obiecywał miejsce po prawicy Tahyda, tam gdzie miejsce dobrych. Tych, którzy jeszcze ostatkiem sił łapali świszcząco powietrze między wargi pocieszał, trzymając za dłonie szeptał słowa pocieszenia, a ostatnie słowa, które biedacy słyszeli rozlewały się pomału w ich umysłach, otulały ciepło zmysły, niczym przytulny koc. Gytfryd był tym, który powoli przeprowadzał ich przez ciemną dolinę i oddawał w ręce Bogów.
Nim nastał ranek usta mu spierzchły, dłonie skostniały z zimna, a zmęczenie opadło na niego jak stutonowy ładunek, spowalniając jego ruchy. Świadomość, że wszyscy jego sąsiedzi i przyjaciele zginęli w tak okropnych mękach wyssała z niego energię równie skutecznie co przepłynięcie wpław oceanu.
W końcu padł załamany przy żarzącym się jeszcze lekko kręgu na środku polany. I chodź od wielu lat nie uronił ani jednej łzy, tego wieczoru nadrobił za wszelkie te dni.

* * *

-Dlaczego to zrobiłeś, kretynie ty jeden?!
-Nie mów tak do mnie, głupia. Co, wolałabyś, żeby zobaczył nas pierwszy, zrobił „Oooh!” i zdzielił nas bez słowa? Dla mnie bomba.
-No ale żeby go tak od razu…? – Cali pochyliła się nad leżąca na ziemi postacią – no popatrz, zdzieliłeś go tak, że łeb będzie go bolał przez miesiąc.
            -Smutne.
            -Caleb!
            -Dobrze! Zobaczymy, następnym razem nic nie zrobię, mnie zatłuką, a ciebie sprzedadzą do zamtuza. I wtedy będzie płacz i lament i „o Tahydzie, Caleb, czemu ja byłam taka głupia?”. Zobaczymy.
            Chłopak przetrząsnął kieszenie swojej ofiary nie zważając na oburzone spojrzenie siostry. Ku jego zawodowi znalazł jedynie kawałek szkła, który wyrzucił w krzaki.
            -Co z nim zrobimy? – spytała Cali, kiedy chłopak wstał otrzepując ręce.
            -Cholera, Cali, chyba coś ci się stało po tym uroku, jesteś głupsza niż wcześniej. Nie patrz tak na mnie. Od kiedy to przejmujemy się każdym jednym kretynem, którego położymy na glebie? Chodź, chłopak da sobie radę.

*

            Ból powoli ustępował, świat wdzierał się wolno z powrotem, zmysły wychwytywały kolejne bodźce. Szelest liści, wiatr na twarzy, twarde szyszki pod kręgosłupem, kłótnia… Zaraz, kłótnia?!
            Otworzył przerażony oczy. Niewybaczalny błąd, bo kolejny cios spadł sekundę później.

*

            -Caleb!
            -Spojrzał na mnie!
 -Teraz to już musimy coś zrobić, po dwóch ciosach to on tu przeleży ze dwa dni, a w tym lesie to chyba lekko głupi pomysł, tak leżeć sobie bez ruchu.

*

-Coś mu długo schodzi.
-Mhm.
-Może się zgubił.
-Może.
-Idź.
-Nie.
-Nie dyskutuj, strasznie się rozpiecuszyłeś przez te kilka lat.
-Chyba kilkaset.
-Nie pyskuj.
Westchnął i zeskoczył zgrabnie z kłody. Ruszył wolno przez polanę, towarzyszył mu cichy furkot skrzydeł.

*

-Csiii, coś słyszę.
Rodzeństwo przerwało ciągnięcie nieruchomego ciała. Caleb pociągnął nosem.
-Nic nie czuję. – mruknął przygnębiony.
-Ha! Ciekawe czemu. 
Zastygli w ciszy. Po za dźwiękami nocnego lasu nie słychać było nic. Jedynie kręcące się zwierzęta, hukającą sowę, pełznącego pośród igieł zaskrońca.
-Zdawało mi się, dookoła słychać to co zawsze w takich miejscach. No, dzisiaj dla odmiany od dwóch godzin lezie za nami jakiś wilkołak, zazwyczaj w lasach ich nie było. Na równinach to może. A. I jakiś kot kręci się w pobliżu.
-Kot? – ruszyli dalej ciągnąc obezwładnioną ofiarę.
-Kot.
-Tutaj nie powinno być kotów. Każdy wie, że koty nienawidzą Mrocznych Ostępów. – Caleb puścił dłoń nieszczęśnika, przez co jego głowa opadła na ściółkę.
-Ten jest inny. Mam się z nim kłócić? – dziewczyna zmierzyła brata wzrokiem i uniosła wyżej drugą rękę wleczonego przez nich chłopaka, starając się, aby jego głowa nie dotykała więcej ziemi. Stęknęła próbując utrzymać ciężar w jednej pozycji nie przestając jednocześnie iść. – Poza tym… uh. Poza tym, ten kot w ogóle jest jakiś dziwny, kręci się ciągle w pobliżu nas. Ale jak chcesz… eh. Jak chcesz, to się z nim kłóć. Tylko złap tą łapę z powrotem do cholery.
Caleb burknął coś jak zwykle pod nosem, ale wspomógł siostrę w targaniu otumanionego przezeń chłopaka. I tylko ten kręcący się w pobliżu kot nie dawał mu spokoju.
-Ej. Ale co może tu robić kot? No bo. Czego on tu może szukać. Każdy normalny Miałczek siedzi sobie w domu, odwiedza panie Miałczyńskie, żre innych Miałczków i unika miejsc jak to. Z tym to i kłótnia byłaby pewnie ciekawa – i znów głowa chłopaka wyrżnęła o glebę. – A co jeśli to nie jest zwykły kot?
-Nie wkurzaj mnie. Łap tą grabę i nie gadaj. To i tak twoja wina. Jak zwykle zresztą. Właściwie to sam powinieneś go dźwigać, po co ja ci pomagam.
-Bo jesteś głupia. Gdyby to ode mnie zależało, to nie musiałabyś niczego dźwigać. Ty się uparłaś, no to sobie ciągniesz tego chłopaka. A ja ci litościwie pomagam!
-Litościwie! Ha! Wiesz co, ty sobie lepiej idź pokłóć się z tym kotem, a nie mi z taką wielką litością pomagasz. Wielki, Litościwy Caleb. Kto by pomyślał! – mówiąc to Cali znów usiłowała ratować głowę chłopaka przed kontaktem z ziemią.
-A może i pójdę! Już nawet kłótnia z kotem jest ciekawsza niż przebywanie z tobą! – jej brat nie przejął się szczególnie wysiłkami siostry. W końcu to tylko jakaś głowa. Nie jego własna, nie musi o nią dbać.
-No i dobrze!
-Ajajaj, moi drodzy, ja wcale nie mam zamiaru się z nikim kłócić. – Głos dochodził jakby z krzaków. I zważywszy na okoliczności był przerażający.
Rodzeństwo stanęło jak wryte. Musiało im się przesłyszeć. Mieli taką nadzieję. Cali ogłuszał huk serc jej i brata. Próbowała usłyszeć coś po za tym. Spojrzała na brata.
~Uspokój się, to może coś usłyszę.
~Sama się uspokój, od początku wiedziałem że coś jest nie tak z tym kotem.
~Jakim kotem?
Caleb wskazał palcem przed siebie. Istotnie, kilka kroków od nich stał kot. Niby przeciętny, czarny kot, ale coś dziwnego było w jego spojrzeniu. I postawie. Oczywiście nie zapominając o tym, że przed chwilą przemówił, co skutecznie uciszyło sprzeczkę, oraz o tym, że wyglądało na to, że ma zamiar powiedzieć coś więcej.
-Jak już wspomniałem, zatarg między nami jest mi nie w smak, jednak będziecie musieli się dość barwnie wytłumaczyć z faktu ciągnięcia mojego nieprzytomnego przyjaciela nocą, pośród drzew. Sami przyznacie, że sytuacja jest dość niedwuznaczna.
Caliana otworzyła usta. Po chwili je zamknęła. Jej brat zapatrzył się na własne buty. Otworzyła raz jeszcze usta. I zamknęła.
Kot nie wyglądał na usatysfakcjonowanego odpowiedzią. Machnął więc długim ogonem dwa razy i prychnął. To wywołało kolejną falę strachu u stojącej przed nim pary. Nie zwrócił na to uwagi i już chciał wyegzekwować odpowiedź, gdy znów usłyszał to irytujące bzyczenie, a Jjik z bojowym klekotaniem szczęk śmignął mu koło ucha i w pełnym pędzie uderzył w czoło Caleba.
-Aał! –chłopak złapał się za głowę, a Cali ruszyła mu na pomoc, na chwilkę zapanował chaos, kiedy Jjik próbował ugryźć dłoń przyłożoną gorączkowo do bolącego miejsca.
-Widzicie… - zaczął cichutko Kapciuch. – JA kłócić się nie widzę powodu, co innego mój porywczy towarzysz. Jjik, skończ już proszę. Daj im się wypowiedzieć.
Mrówka niechętnie zostawiła palce swojej ofiary i przycupnęła na klatce piersiowej leżącego bezwładnie Erjona.
-No, słuchamy. – odezwał się kocur, przysiadłszy z gracją na mchu.
-Ten potwór wyrżnął mnie w czoło! – zawył Caleb. – Zresztą, nie przywykłem do rozmów z dachowcami.

*

-Będziesz mógł opowiadać nowe, piękne historie napotkanym panienkom. Coś w stylu: „Ta blizna? Oh, to nic takiego, zarobiłem ją w walce z dziką panterą, która napadła mnie i moją siostrę w puszczy.” Na pewno żadna z nich nie zauważy, że pantera ma nieco większe pazury, w końcu to tylko jakaśtam panienka, nie musi wiedzieć takich rzeczy. A ty masz kolejną zmyśloną opowieść do bajerowania.
Czy Cali była okrutna dla brata, który ściskał krwawiący policzek wznosząc modły o brak wielkiej i szpetnej blizny? Skądże. Ona tylko ukazywała mu plusy zaistniałej sytuacji.
-Po za tym, może zmądrzejesz i nie będziesz obrażał wszystkich wkoło. I mężczyźni w zajazdach nie będą ci wypominali, że masz mleko pod nosem, żeś śliczniusi i gładziusi jak pupcia niemowlaczka. O i żadna z panienek nie odmówi ci odwagi! Same dobre strony! A to, że wyglądasz jak przygłup to już inna sprawa, i tak niewiele by ci pomogło, pogorszyć też już się zbytnio nie da. Nie przejmuj się, nie masz czym.
Kapciuch starał się nie zwracać uwagi na utyskiwania dziewczyny, szedł dumnie przed rodzeństwem, ocucony przezeń Erjon zbierał naprędce drewno, po które przecież poszedł, które miał przynieść i przyniesie. Zerkał przy tym na Caleba z dziwnym wyrazem twarzy jakby uważał, że musi go od teraz pilnować.
Noc była zadziwiająco spokojna, ale zimna. Idąc pocierali dłonie i chuchali na nie, podświadomie przyśpieszali, byleby było cieplej, byleby szybciej dotrzeć do celu i rozpalić ognisko. Caliana zmęczyła się szybkim chodem i wypominaniem bratu jego głupoty, umilkła więc i raz na jakiś czas podnosiła z ziemi gałąź, którą przytulała mocno do piersi jak gdyby była ona w stanie dać odrobinę więcej ciepła. Nie dawała. Jjik siedział jak zwykle uradowany na głowie Erjona, szczęśliwy że go uratował od pewnej śmierci z rąk okropnych porywaczy.
W końcu ujrzeli kraniec puszczy i wyszli na polanę, na której czekała Mercinda. Z uniesionymi brwiami obejrzała ciemne sylwetki Caleba i jego siostrę i jej wzrok spoczął na Erjonie.
-No chłopcze, miałeś tylko iść po drewno, gdzieżeś zniknął na tak długo?
Nie czekając na jego odpowiedź, której pewnie i tak by się nie doczekała, wzięła od niego chrust i przykucnąwszy, ułożyła zgrabny stosik. Chuchnęła nań, a płomień jął trzaskać wesoło. Zadowolona z efektu wstała, otrzepała długą spódnicę i cmoknęła widząc, że Cali trzyma kolejny stosik.
-Trzeba było od razu mówić, że też coś przytargałaś, a nie stać jak to cielę i się patrzeć. No nic. Będzie na zapas. Siadajcie. Ogrzejcie się, za chwilę zajmę się kolacją. A ty Kapciuchu opowiadaj.
-Właściwie to niewiele mogę ci opowiedzieć, Mercindo.  Sam niewiele usłyszałem. Szukałem Erjona, idąc usłyszałem, że ktoś podąża niedaleko mnie. Uznałem, że mogę spytać czy nie widzieli przypadkiem chłopaka. Okazało się, że go widzieli, a i owszem. Nawet udało im się wejść w interakcję, co poskutkowało pozbawieniem Erjona przytomności. Dość niefortunna sytuacja na zapoznawanie się, kiedy jacyś nieznajomi ciągną twego towarzysza przez las, szorując jego głową po ściółce, nieprawdaż?
-No, nie bądź taki cierpki, Kapciuchu, jestem pewna, że mają na to jakieś wytłumaczenie, prawda, moi drodzy? – magiczka skierowała wzrok ku rodzeństwu, zakładając ręce na piersiach. 



Mam nadzieję, że nie wyśmiejecie mnie za trzyletnią pracę, której owocem jest jedynie marne szesnaście stron. :x
Według planu, koniec ujrzy Światło Dzienne najpóźniej do tegorocznego grudnia.
I wcale nie krzyżuję palców gdy to mówię!
Póki co, życzę Wam miłego dnia, czy tam już prawie wieczoru. c:
Widzimy się w najbliższym czasie!


niedziela, 5 stycznia 2014

"Kapciuch" - Rozdział drugi.



Cześć i czołem, kluski z rosołem. c:

Jak wczorajszego dnia obiecałam, dalszy ciąg ląduje w internetach. c:
Enjoy.



Rozdział 2

            Ziemia pod stopami była miękka i mokra. Cienkie buty nie chroniły przed wilgocią, toteż po kilku chwilach mieli przemoczone skarpety. Biegli jednak dalej. Miasto zostało już daleko w tyle, ale tętent kopyt zwiastował, że pogoń bynajmniej nie zwolniła. Ba, wyglądało na to, że strażnicy popędzali konie do kresu ich sił. Cali słyszała jak biedne wierzchowce chrapią, a ludzie na ich grzbietach poganiają je krótkimi okrzykami. Biegnący obok Caleb spojrzał na nią badawczo. Poczuła w myślach jego pytanie. Już niedługo, pomyślała i poczuła jego ulgę. Istotnie, chwilę potem jeden z koni wywrócił się. Jeździec zaczął kląć. Jego towarzysze jechali jednak dalej. Dłużej nie pociągnę poskarżyła się Cali. Wytrzymaj. Skręcili w inną ścieżkę i wskoczyli w krzaki. Ukucnęli, uspokoili oddechy. Czekali. Po minucie główną dróżką przegalopowało pięciu mężczyzn. Ich wierzchowce miały pianę na pyskach i bokach, oraz krwawe ślady od ostróg. Caleb musiał przytrzymać siostrę, która już się rwała żeby ukarać bezdusznych strażników. Spojrzała na niego wściekła. Musisz to przeboleć, złapią nas, wytłumaczył się. W jej oczach błysnęła rozpacz, potem zrozumienie i znowu rozpacz.

            Wyglądało na to, że zagrożenie minęło. Usiedli wygodniej, postanowili odpocząć. Caleb ściągnął przewieszony przez ramię bukłak. Podał go najpierw Cali, która łyknęła płynu i oddała mu, nie patrząc na niego. Wypił trochę, czuł jak po jego ciele rozchodzi się przyjemne ciepło. Przymknął oczy, napawając się smakiem trunku. Cali ściągnęła buty i skarpety, osuszyła je zaklęciem. Caleb zerwał się czując, jak za nimi ktoś sapnął. Oddech tego kogoś śmierdział czosnkiem. Odwrócił się akurat, aby zobaczyć jak zarzuca mu na głowę czarną szmatę. Próbował ją ściągnąć. Udało się. I znów zdążył akurat, żeby zobaczyć jak w kierunku jego głowy leci pałka.
            Cali zawyła, gdy poczuła ból brata. Pociemniało jej przed oczami, kiedy stracił przytomność. Wypowiedziała zaklęcie i napastnik padł, była świadoma jak opuszcza go życie. Zdziwiła się, że brat nie wyczuł go wcześniej, a co gorsza, że ona go nie usłyszała. Podsunęła się do ciała i przeszukała je. Znalazła miedziany wisiorek, pokryty patyną, w kształcie głowy ocelota. Zaklęła szpetnie i zerwała się na nogi. Wytężyła słuch. Słychać było tyko bicie serca brata, jej i zwierzęta w lesie, szelest liści. Niczego więcej. Nagle coś ją uderzyło w tył głowy. Świat spowiła ciemność.
* * *
            -Nie.
            -Nie myśl nawet o tym, żeby mi się sprzeciwić. Nadal jestem starsza, mądrzejsza i co najważniejsze, jestem twoją panią. Należy mi się więc trochę szacunku. Nawet nie trochę. Zrobisz to, bez najmniejszego szemrania. Czy to rozumiesz?
            Kapciuch mruknął coś. Zastrzygł uszami, westchnął i przytaknął.
            -Dobrze. Teraz, trzeba się spakować... -magiczka wstała i podeszła do szafy. Wyciągnęła z niej torebunię, nie większą niż bochen chleba i potrząsnęła nią. -Ty w tym czasie biegnij po Erjona. I zabierz ze sobą Jjika, przyda mu się trochę ruchu.
            -Kogo? - czarny kot przekrzywił łeb i spojrzał na swoją panią.
            -Jjjkkklllaaaccchhhhddda -odparła Mercinda.- Tę mrówkę – dodała, widząc uniesione brwi kota. - Ach, powiedz też jego matce, że smok wreszcie zniósł jajo, będzie wiedziała o co chodzi.
            Kapciuch dumnym krokiem pomaszerował do kuchni, przywołał mrówkę, a następnie wyjaśnił jej sytuację. Jjik spojrzał na niego spode łba i spytał:
            -Ale już mnie nie napadniesz?
            -Przyrzekam, że nie - powiedział Kapciuch.
            Mrówka zaklekotała szczękoczułkami z zadowoleniem i ruszyła za kotem, który zdążył już wyskoczyć przez okno.
            Przemykali między zabudowaniami bez słowa. Jjik napawał się lotem, tym przyjemnym-poczuciem-wolności. Od tak dawna nie latał. Obok niego przemknęła duża-piękna-królowa. Zawrócił i poleciał za nią. Wylądowała na ścianie jakiegoś drewnianego-śmierdzącego-zgnilizną-domu. Podfrunął do niej i spróbował się zaprzyjaźnić. Ona jednak umknęła przestraszona przed nim. Zawiedziony przyjrzał się sobie w oknie. Spojrzał na niego wielki-błyszczący-potwór. Po za tym, ona tylko myślała (o ile myślała) o rozpłodzie, założeniu gigantycznej-silnej-kolonii. A on chciał latać na randki, spijać chłodną-przejrzystą-rosę z jednego zielonego-listka, może mieć dwójkę małych-wesołych-dzieci. Ale nie bezpłciowych-bezmózgich-robotnic. Nie, on chciał normalne-rozumne-dzieci. Takie jak ludzkie-dzieci. Spuścił głowę i gdyby mógł, uroniłby łzę.
            Kapciuch tymczasem poskrobał w szybę. Żadnej reakcji. Poskrobał raz jeszcze i usłyszał satysfakcjonujący odgłos- odgłos zbliżających się kroków. Okno otworzył ten irytujący chłopak, który był na wzgórzu. Kot spojrzał nań wyniośle, machnął ogonem i rzekł:
            -Pakuj się, wyjeżdżamy. I zaprowa...
            -Pani Mercinda cię przysłała? Juhuuu! Wreszcie mnie zawiezie do zamku, żebym był rycerzem! Juhuuu! Jupijajej! - młodzian zaczął podskakiwać szaleńczo, machając rękami i o mało nie uderzając Kapciucha.
            -Erjon! Przymknij się! - wrzasnął jakiś mężczyzna w domu. - I zamknij to okno, wracaj do swojego pokoju i siedź tam cicho.
            Kapciuch wskoczył do domu, powęszył sekundkę i potruchtał na piętro, gdzie wyczuł obecność dwóch kobiet. Istotnie, w małej izbie, siedziała około czterdziestoletnia kobieta i prawdopodobnie jej córka, mająca jakieś siedemnaście lat. Przerwały szydełkowanie, urwały prowadzoną rozmowę i obie zwróciły wzrok na zwierzę.
            -Mercinda kazała przekazać, że smok wreszcie zniósł jajo. Podobno będziesz wiedziała o co chodzi. Pomóż swojemu chłopakowi się spakować, za pięć minut chcę wrócić do domu Mercindy - oświadczył, nie zważając na wzdrygnięcie kobiet, kiedy się odezwał.
            Matka Erjona wstała, odłożyła robótkę i ze spokojem podeszła do Kapciucha. Z wahaniem położyła dłoń na jego łbie. Kot mimo woli zamruczał i przymrużył oczy.
            -Czy to naprawdę już? - spytała.
            -Nie wiem czy to już. Wiem tylko, że Mercinda mówiła, żebym ci to przekazał i przekazałem.
            -Niechaj i tak będzie - odparła kobieta i wyszła z pokoju.
            Kapciuch rozsiadł się na wiklinowej skrzyni i rozejrzał się po pokoju. Izba była skromna, ale przytulna. Siostra Erjona wpatrywała się w kocura wielkimi niebieskimi oczami. Dziwne, pomyślał Erjon ma oczy brązowe, a reszta jego rodziny niebieskie... Panowała niezręczna cisza. Dziewczyna zaparła się rękoma o fotel i nie odrywała oczu od Kapciucha. Ten spojrzał na nią pytająco, a ona szybko odwróciła głowę. Zadowolony kot usiadł wygodniej i potrząsnął łbem. Zauważył, że od jakiegoś czasu nie słyszy nieznośnego bzyczenia. Machnął ogonem i zastanowił się, kiedy i gdzie ostatnio widział Jjika. Westchnął, wyglądało na to, że zgubił go dawno temu. Carrie na pewno by tak łatwo się nie oddaliła. To była dopiero świetna łowczyni i towarzyszka. Nie była niedoświadczona, jak należało się spodziewać. Nie, była tak samo dobra jak on. A to nie lada wyczyn.
            Do pokoju wróciła matka Erjona i ukłoniła się przed Kapciuchem.
            -Jesteśmy gotowi, panie - rzekła.
* * *

            -Wstawaj, śmieciu.
            Potrząsnął głową, potarł klamry na przegubach.
            -Powiedziałem wstawaj!
            Poczuł kopnięcie w brzuch, silne i celne. Stęknął cicho, zebrał siły i uklęknął. Próbował podnieść się, ale nogi odmówiły posłuszeństwa i znów osunął się na ziemię. Kolejne kopnięcie, tym razem w lewe kolano. Usłyszał jęk, dobiegający spod, jak mu się zdawało, ściany. Obejrzał się w tamtą stronę, dojrzał dziewczynę, skuloną w pozycji embrionalnej. Trzymała się za lewe kolano.
            -Tak, tak. Wiemy, że jesteście złączeni. Jeżeli nie powiesz nam tego co chcemy usłyszeć, zrobi to ona. Brzydzę się wami - dodał mężczyzna i splunął Calebowi w twarz.
            W chłopcu zapłonął gniew. Starł rękami gęstą ślinę z policzka. Z wysiłkiem podniósł się. Stanął przed śmierdzącym i brudnym mężczyzną o długich, tłustych włosach, które kiedyś były koloru blond, teraz zaś wyglądały na czarne.
            -I o to chodziło - śmierdziel wyszczerzył się w okropnej parodii uśmiechu. Złapał go za kołnierz płóciennej koszuli. - Idziem, panie ślicznoś.
            Prowadził Caleba ciemnymi, kamiennymi korytarzami, oświetlonymi tylko kilkoma smętnymi pochodniami. Smród bijący nie tylko od przewodnika, ale i z głębi korytarzy wyciskał łzy z oczu i kręcił w nosie. Co jakiś czas spod nóg uciekały w panice szczury, na twarz spadał pająk, stopa natrafiała na odchody. Kiedy Caleb się wywrócił, prowadzący go mężczyzna podniósł go brutalnie za łańcuchy na rękach. W końcu po, jak się wydawało, kilku godzinach, dotarli do pomieszczenia, w którym było jaśniej. W środku było kilka innych osób. Chłopak musiał polegać na węchu, bo na głowę znów zarzucono mu wór. Posadzono go na krześle, ściągnięto łańcuchy. Ktoś nad nim stanął. Pachniał drogimi szatami, kąpielą i młodą dziewczyną.
            -Ściągnijcie mu ten worek. Panowie, jak traktujecie gościa? Wstydźcie się panowie, wstydźcie. Nie wolno tak, to bardzo nieuprzejme z waszej strony.
            Posiadacz głosu w istocie wyglądał na czystego i zadbanego. Na oko dochodził pięćdziesiątki, miał szpakowate, ciemne włosy i pod kolorowym ubraniem rysowały się mięśnie.
            -Witaj, przyjacielu! - zawołał dobrodusznie, patrząc na Caleba. - Wybacz tym nieokrzesanym świniom, już od dawna nie mieliśmy gości. Trochę ich poniosło.
            -Co z moją siostrą?
            Bogacz usiadł wygodnie na fotelu przed chłopcem i złączył ze sobą palce obu dłoni. Patrzył sponad nich na rozmówcę fioletowymi, bystrymi oczami, które miały pionowe źrenice.
            -Została już przeniesiona do moich najlepszych komnat, służba się nią zajmie. Mówiłem tumanom, żeby od razu was ulokować w miłych pokojach, naprawdę mi przykro, że nie posłuchali. Mam nadzieję, że ta drobna omyłka nie zawadzi naszej przyjaźni, co chłopcze? - uśmiechowi mężczyzny nie dało się oprzeć, był szczery, dobry i tak serdeczny, że Calebowi serce zabiło mocniej. Może naprawdę znaleźli się u kogoś, kto - dla odmiany - nie chce ich zabić? - Ach, zapomniałbym! Jestem sir Benjamin Lajer Albertus Klechdaww IV. Miło mi cię poznać. A ciebie jak zwą?
            -Caleb, proszę pana.
            -A twoją siostrę?
            -Caliana. Ale wszyscy mówią na nią Cali.
            -A więc, jesteście rodzeństwem?
            -Tak, proszę pana. Bliźniętami.
            Do sali wpadł strażnik. Wypadła mu zdezelowana halabarda, poturlała się po ziemi. Zanim ją podniósł łypnął przerażony na Lajera i podbiegł do niego. Szepnął mu coś na ucho, a twarz Lajera stężała. Odprawił strażnika, który po drodze zabrał swoja halabardę.
            -Żałuję, lecz niestety muszę cię opuścić, chłopcze. Dokończymy rozmowę później, a na razie Alabaster odprowadzi cię do twoich komnat. Mam nadzieję, że będzie ci w nich wygodnie.
            To rzekłszy, Lajer wyszedł dumnym krokiem, za nim powiewały jego szaty. Caleb wstał. Przed nim pojawił się paź, w czerwonym stroju i zielonych bucikach. Ukłonił się nisko i polecił, aby Caleb poszedł za nim. Przeszli do innego skrzydła pałacu. Korytarze tu były już czyste, z czerwonymi dywanami, złotymi lichtarzami, kryształowymi żyrandolami i kosztownymi obrazami w pozłacanych oprawach. Liczne kadzidełka powtykane tu i tam w kompletne zbroje z barbarzyńskich czasów, wytwarzały miły dla nosa zapach.
            Alabaster stanął przed ciemnymi drzwiami ze złotymi zdobieniami i położył dłoń na klamce.
            -Tutaj są twoje pokoje, panie. Czy mam pana zaprowadzić do pokoi pańskiej siostry?
            -Jakbyś mógł.
            -Proszę za mną.
*

            -Caleb!
            W pierwszej chwili nie poznał jej. Nie poznał tego jak pachniała. Kiedyś czuł stare ubrania - nie zawsze czyste – zaschnięte błoto i łajno na butach, pot i niezidentyfikowany zapach, który, kiedy zamykał oczy, widział jako fioletowy kolor. A teraz? Owszem, fioletowy kolor był, ale przyćmiony perfumami, mydłem, olejkami i nowymi szatami. Popatrzył na nią jeszcze raz. Wyglądała jak królewna. Wyglądała też na szczęśliwą. Tak bardzo, jak jeszcze nigdy.                         -Co się tak patrzysz? – spytała ze śmiechem, po czym zrobiła piruet, prezentując suknię. – Piękna, prawda?                      -No całkiem w porządku. A skąd ją masz?
            -Od Bridget oczywiście.
            Caleb spojrzał na siostrę jak na nieznajomego. Od kiedy szczebiotała jak niedorozwinięta, rozpieszczona córka bogacza?
            -Nie patrz tak na mnie bracie! Czyżbyś nie poznał jeszcze Bridget? Och, nie martw się, jest cudowna, jest starsza, ale jest taka miła. I rozmawia ze mną, opowiada ciekawe historie. Czy wiedziałeś, że jest tu pewien chłopiec, który ma na imię Alabaster? Cóż za zabawne imię, nie uważasz? Brid mówi, że jest bardzo przystojny, choć chodzi w dziwnych ubraniach...
            -Cali! – Zawołał Caleb, łapiąc się za uszy. –Co się z tobą dzieje?!


* * *

            -Dobrze. Wyruszamy jutro o świcie. Za godzinę przyjdzie Hugon z zapasami, o które go prosiłam... Erjon! Nie dotykaj tego! Dalej... Ostatnie Drzewo Allellulljasza znajduje się w Redunie, blisko granicy... Cholera to i tak daleko, nie zdążymy. Erjon na bogów! Usiądź spokojnie i niczego nie ruszaj.

            Upomniany po raz kolejny tego wieczoru chłopak usiadł rozczarowany na stołku w kącie. Zamknął oczy, żeby wszystkie otaczające go przedmioty nie kusiły go. Chodząca wokół Mercinda powtórnie zgromiła go wzrokiem i wróciła do czytanego planu podróży. Kapciuch leżał przy kominku i patrzył w ogień. Jjik siedział markotny na jego głowie i zastanawiał się, czy bardzo będzie bolało, kiedy w niego wleci. Klekotał co jakiś czas bezwiednie szczękoczułkami, co irytowało Kapciucha, ale kocur postanowił nie zwracać na to uwagi. Jest przecież dużo mądrzejszy, nie będzie dawał się prowokować MRÓWCE.
            Mercinda tymczasem studiowała mapę. Jeśli dobrze liczyła – w co nie wątpiła – dzielił ich od Drzewa Allellulljasza miesiąc drogi. A żeby przepowiednia się wypełniła, Erjon musiał wypowiedzieć życzenie w miejscu swego urodzenia. Kolejne dwa tygodnie drogi od Drzewa. W tym czasie wojsko zdąży zniszczyć większą część kontynentu, nie będzie już czego ratować. Czasami żałowała, ze pisała takie pokrętne przepowiednie.
* * *

            Gytfryd padł na kolana za ścianą na wpół zwęglonego domu. Usiadł w błocie i przywarł plecami do ściany. Dookoła rozlegały się krzyki jego przyjaciół i bliskich. Wyły zabijane psy. Darły się mordowane koty. Woń brudu i zwierząt przyćmił obezwładniający zapach świeżej krwi. Jako niegdysiejszy rzeźnik był wyczulony na krew. Oglądał jej w życiu dużo, ale to, co działo się na ulicach uginało pod nim nogi. Kręciło mu się w głowie. Już dawno zwrócił śniadanie, ale i tak zbierało mu się na wymioty. Obok przemknął oddział najeźdźców. Gytfryd wstrzymał oddech. Jestem niewidzialny. pomyślał. Siedział w ciszy. Stopniowo zgiełk toczonej walki ustawał. Coraz cichsze pojękiwania i krzyki w agonii zanikały. W końcu nastał spokój. Zapadał zmierzch.
            Mężczyzna powoli uniósł się, stanął chwiejnie i rozejrzał z przestrachem dookoła. Nic się nie poruszało, żadna mysz nie przebiegła przez zaułek. Ostrożnie stawiając stopy ruszył przed siebie. Wziął głęboki wdech, zamknął oczy. Wyszedł z zaułka na główną drogę. Rozwarł nieco powieki i zamknął je z powrotem. Po policzku pociekła samotna łza. Zdobył się na odwagę i popatrzył na drogę. Wszędzie leżały zmasakrowane ciała. Jedyne o czym teraz myślał, to odnalezienie ukochanej. Stąpał cichymi ulicami, omijając zwłoki ludzi i zwierząt. W słabym świetle kończącego się dnia wieś wyglądałaby malowniczo, gdyby nie ciała i spalone prawie do ziemi domy. Ze zgliszczy unosił się jeszcze dym, gdzieniegdzie dogasały słabe płomienie. Szedł zatykając nos i próbował dojrzeć choć jednego ocalałego. Szukał wzrokiem Skarlet, jego małżonki. Dotarł do ich wspólnego domu. Po ongiś pięknym domku pozostał stos niedopalonych belek i cegieł. Cały ich dobytek, wszystko na co pracowali, wszystkie jego projekty spłonęły. Dlaczego nie posłuchał Skarlet i nie kupił tej ognioodpornej komody, kiedy byli na targu w Brenston? Dlaczego nie nauczył jej jak być niewidzialnym? Może by przeżyła... Nie wolno mu tak myśleć, musi ją odnaleźć.
            Obszedł dookoła pozostałości stodoły. Na krzaku wisiał kawałek jej sukienki. Zielony materiał falował na wietrze i nie dojrzałby go, gdyby nie poświata od ogniska, bijąca zza zagajnika. Z bijącym sercem podszedł do krzaka i wziął skrawek tkaniny. Nieomal czuł na niej dotyk ciała Skarlet. Wiedział gdzie musi iść. I wiedział co zobaczy.
            -Jestem niewidzialny.- szepnął.
            Przedarł się przez krzaki. Nieopodal zauważył porzucony pantofelek. Przestąpił go ostrożnie i wyszedł na polanę. Pośrodku płonął stos usypany z ciał, zwęglone zwłoki co jakiś czas wypadały ze stosu i turlały się po trawie. Przez płomienie widać było usypany niedaleko drugi stos. Ludzie w nim pojękiwali i postękiwali, często oślepieni i okaleczeni. Po polanie kręcili się żołnierze w czarnych zbrojach i co jakiś czas dorzucali coś do ognia, czasem były to gałęzie, innym razem kolejny człowiek. Takowy był już zbyt zmęczony uprzednimi torturami żeby krzyczeć, wił się po prostu w objęciach śmierci, by po chwili ktoś inny przygniótł go swym ciężarem.
            -Kapitanie! Pan popatrzeć, ona mieć coś w środku!
            Zaciekawiony Gytfryd podkradł się bliżej wołającego żołnierza i zajrzał mu przez ramię.
            Na ziemi leżała goła kobieta, a jej głowę przykrywała brudna szmata. Ręce jej odrąbano, nogi nienaturalnie szeroko rozsunięto. Brzuch został rozpłatany, a z rozszarpanych wnętrzności wystawała mała, nieukształtowana do końca rączka.
            Kapitan podszedł do kobiety i trącił ją ciężkim, okutym metalem butem.
            -Coś się zdaje, że niedługo mielibyśmy o jednego obrzydliwego człowieka więcej do zabicia. – powiedział i splunął. Odszedł i dla zabawy zmiażdżył leżącemu obok wieśniakowi dłoń buciorem.
            Żołdak podążył za nim, a Gotfryd delikatnie odsłonił twarz kobiety.
            Niegdyś złote jak kłosy pszenicy loki posklejane były błotem, a delikatnie zaróżowione policzki umazane mieszanką krwi i szlamu. Jedno błękitne oko patrzyło z przerażeniem w niebo, po drugim zaś został tylko pusty oczodół. Kształtne wargi były nieco rozchylone, wystarczająco by ujrzeć brak zębów. Wszędzie widniały rany i zadrapania.
            Mężczyzna zawył z bólu i bezsilnej wściekłości. Dotknął jeszcze raz w rozpaczy policzka ukochanej i pozwolił, by skapnęła na niego łza. Dookoła nastała cisza, a żołnierze podeszli bliżej żeby zobaczyć co jest źródłem hałasu. Jeden wyjątkowo nieostrożny stanął za blisko Gytfryda i ten wyrwał mu miecz z pochwy. Żołdak pokręcił głową i cofnął się o krok. Gytfryd postąpił do przodu unosząc klingę i pchnął go między zachodzące na siebie części zbroi. Potem upuścił broń, nie patrząc na upadające ciało i wycofał się pod krzaki. Zdezorientowani żołnierze popatrzyli po sobie.
            -Ukaż się! – wrzasnął kapitan. – Ukaż się, abyśmy mogli cię ubić.
            -Dlaczego to robicie? – zapytał Gytfryd.
            -Bo lubimy – wyszczerzył się w przerażającym uśmiechu, po czym warknął.- Lubimy zabijać. I nie lubimy życia. Logiczne więc jest, abyśmy zniszczyli życie.
           -A więc zasługujecie na potępienie! – zagrzmiał Gytfryd, na co na polanie rozległ się śmiech.
            -Potępienie? Nie odważy się nas tknąć, bo nie wyjdzie z tego cało!
            Na odzew kapitana reszta bandy uniosła bronie i pięści i wzniosła złowieszczy okrzyk.
            -Poniesiecie karę!
            -Nie boimy się kary. Jesteśmy tylko trybami w maszynie śmierci. Mielemy bezlitośnie wrzucone pomiędzy nas ziarnka życia i nigdy nie przestaniemy, bo niczym smar jest dla nas uciecha z mordu.
            -W takim razie sam was ukarzę!
            Żołdacy ryknęli śmiechem, co tylko rozwścieczyło Gytfryda bardziej i pchnęło do podniesienia miecza z powrotem z ziemi. Dowódca uciszył gestem podwładnych i przekrzywił głowę. Uśmiechnął się i padł na kolana.
            -Czekam na karę. No proszę, ukarz mnie.
            Założył ręce za plecy. Stojąca za nim kompania spięła się, gotowa bronić przywódcę.
            -Pięć kroków w tył! – wrzasnął dowódca, po czym spojrzał wyczekująco na miejsce gdzie stał Gytfryd.
            Ten postąpił krok do przodu.
            -W imię Tahyda, miłosiernego pana mojego, oraz w imię całego Stearu, mych królów i przewodników karzę ciebie za wszelakie zbrodnie! Kara jest słuszna, bo tako rzecze mój pan i władca Tahyd! – zawołał unosząc miecz nad głowę.
                  Stanął nad uśmiechającym się drwiąco kapitanem. Popatrzył na niego raz jeszcze i uderzył.
* * *

            -Czy życzy sobie, szanowna pani, abym przygotował coś jeszcze? – Hugon stanął w progu kuchni i spojrzał na Mercindę. Widać było, że spieszno mu do domu.
            -Ależ nie, nie. Możesz iść. – odpowiedziała zamyślona magiczka.
            Pochylała się nad starą i pożółkłą księgą. Tomiszcze obite było w czerwoną skórę, ręcznie farbowaną przez elbejskich druidów. Metalowe klamry i zawiasy były przerdzewiałe, cud że się trzymały w jednym kawałku. Cała pokreślona była dziwnymi runami, tak że zdawało się, iż skóra nie jest czerwona a czarna. Znaki nakładały się na siebie, tworząc plątaninę nie do odczytania, ciężko nawet było dostrzec samotną kreskę w gąszczu zawijasów. Hugon był ciekawy, o czym traktuje księga, ale pytanie uwięzło mu w gardle, na widok schodzącego ze schodów potwora.
             Potwór ów miał długie kły, wystające z paszczy, czarne postrzępione skrzydła oraz czerwone ślepia. Z pyska wyciekały gęste strumienie śliny, a gdy zmarszczył nos, ukazując przerażonemu mężczyźnie zęby, większość spłynęła i rozbryznęła się na drewnianej podłodze. Czarne, skudłacone kłaki posklejane były brudem i śmierdziały niemiłosiernie, jakby ktoś zamoczył ścierę w odchodach i krwi, po czym zostawił ją do skiśnięcia w piwnicy pełnej kiszonej kapusty i zgniłych jaj. Cielskiem zajmował przynajmniej pół pomieszczenia, dopasowując się kształtem do stojących wszędzie mebli. Warknął raz jeszcze, po czym posadził zadek na rozmazanej szponiastymi łapami ślinie.
            -A tak. Hugonie, to jest Stary Lemiesz, Potwór z Puszki. Mój przyjaciel takie robi.
            Na dźwięk imienia Stary Lemiesz potrząsnął łbem i zamerdał zbyt krótkim ogonem.
            -Uroczy – pisnął Hugon i wybiegł z domu.




Niestety, coś mi się tenteguje przy wrzucaniu i całe misterne formatowanie w Wordzie się sypie...
Jutro postaram się bardziej! c:


Do miłego, Pać.