Cześć i czołem, kluski z rosołem. c:
Jak wczorajszego dnia obiecałam, dalszy ciąg ląduje w internetach. c:
Enjoy.
Rozdział 2
Ziemia pod stopami była miękka i mokra. Cienkie buty nie chroniły przed wilgocią, toteż po kilku chwilach mieli przemoczone skarpety. Biegli jednak dalej. Miasto zostało już daleko w tyle, ale tętent kopyt zwiastował, że pogoń bynajmniej nie zwolniła. Ba, wyglądało na to, że strażnicy popędzali konie do kresu ich sił. Cali słyszała jak biedne wierzchowce chrapią, a ludzie na ich grzbietach poganiają je krótkimi okrzykami. Biegnący obok Caleb spojrzał na nią badawczo. Poczuła w myślach jego pytanie. Już niedługo, pomyślała i poczuła jego ulgę. Istotnie, chwilę potem jeden z koni wywrócił się. Jeździec zaczął kląć. Jego towarzysze jechali jednak dalej. Dłużej nie pociągnę poskarżyła się Cali. Wytrzymaj. Skręcili w inną ścieżkę i wskoczyli w krzaki. Ukucnęli, uspokoili oddechy. Czekali. Po minucie główną dróżką przegalopowało pięciu mężczyzn. Ich wierzchowce miały pianę na pyskach i bokach, oraz krwawe ślady od ostróg. Caleb musiał przytrzymać siostrę, która już się rwała żeby ukarać bezdusznych strażników. Spojrzała na niego wściekła. Musisz to przeboleć, złapią nas, wytłumaczył się. W jej oczach błysnęła rozpacz, potem zrozumienie i znowu rozpacz.
Wyglądało na to, że zagrożenie minęło. Usiedli wygodniej, postanowili odpocząć. Caleb ściągnął przewieszony przez ramię bukłak. Podał go najpierw Cali, która łyknęła płynu i oddała mu, nie patrząc na niego. Wypił trochę, czuł jak po jego ciele rozchodzi się przyjemne ciepło. Przymknął oczy, napawając się smakiem trunku. Cali ściągnęła buty i skarpety, osuszyła je zaklęciem. Caleb zerwał się czując, jak za nimi ktoś sapnął. Oddech tego kogoś śmierdział czosnkiem. Odwrócił się akurat, aby zobaczyć jak zarzuca mu na głowę czarną szmatę. Próbował ją ściągnąć. Udało się. I znów zdążył akurat, żeby zobaczyć jak w kierunku jego głowy leci pałka.
Cali zawyła, gdy poczuła ból brata. Pociemniało jej przed oczami, kiedy stracił przytomność. Wypowiedziała zaklęcie i napastnik padł, była świadoma jak opuszcza go życie. Zdziwiła się, że brat nie wyczuł go wcześniej, a co gorsza, że ona go nie usłyszała. Podsunęła się do ciała i przeszukała je. Znalazła miedziany wisiorek, pokryty patyną, w kształcie głowy ocelota. Zaklęła szpetnie i zerwała się na nogi. Wytężyła słuch. Słychać było tyko bicie serca brata, jej i zwierzęta w lesie, szelest liści. Niczego więcej. Nagle coś ją uderzyło w tył głowy. Świat spowiła ciemność.
* * *
-Nie.
-Nie myśl nawet o tym, żeby mi się sprzeciwić. Nadal jestem starsza, mądrzejsza i co najważniejsze, jestem twoją panią. Należy mi się więc trochę szacunku. Nawet nie trochę. Zrobisz to, bez najmniejszego szemrania. Czy to rozumiesz?
Kapciuch mruknął coś. Zastrzygł uszami, westchnął i przytaknął.
-Dobrze. Teraz, trzeba się spakować... -magiczka wstała i podeszła do szafy. Wyciągnęła z niej torebunię, nie większą niż bochen chleba i potrząsnęła nią. -Ty w tym czasie biegnij po Erjona. I zabierz ze sobą Jjika, przyda mu się trochę ruchu.
-Kogo? - czarny kot przekrzywił łeb i spojrzał na swoją panią.
-Jjjkkklllaaaccchhhhddda -odparła Mercinda.- Tę mrówkę – dodała, widząc uniesione brwi kota. - Ach, powiedz też jego matce, że smok wreszcie zniósł jajo, będzie wiedziała o co chodzi.
Kapciuch dumnym krokiem pomaszerował do kuchni, przywołał mrówkę, a następnie wyjaśnił jej sytuację. Jjik spojrzał na niego spode łba i spytał:
-Ale już mnie nie napadniesz?
-Przyrzekam, że nie - powiedział Kapciuch.
Mrówka zaklekotała szczękoczułkami z zadowoleniem i ruszyła za kotem, który zdążył już wyskoczyć przez okno.
Przemykali między zabudowaniami bez słowa. Jjik napawał się lotem, tym przyjemnym-poczuciem-wolności. Od tak dawna nie latał. Obok niego przemknęła duża-piękna-królowa. Zawrócił i poleciał za nią. Wylądowała na ścianie jakiegoś drewnianego-śmierdzącego-zgnilizną-domu. Podfrunął do niej i spróbował się zaprzyjaźnić. Ona jednak umknęła przestraszona przed nim. Zawiedziony przyjrzał się sobie w oknie. Spojrzał na niego wielki-błyszczący-potwór. Po za tym, ona tylko myślała (o ile myślała) o rozpłodzie, założeniu gigantycznej-silnej-kolonii. A on chciał latać na randki, spijać chłodną-przejrzystą-rosę z jednego zielonego-listka, może mieć dwójkę małych-wesołych-dzieci. Ale nie bezpłciowych-bezmózgich-robotnic. Nie, on chciał normalne-rozumne-dzieci. Takie jak ludzkie-dzieci. Spuścił głowę i gdyby mógł, uroniłby łzę.
Kapciuch tymczasem poskrobał w szybę. Żadnej reakcji. Poskrobał raz jeszcze i usłyszał satysfakcjonujący odgłos- odgłos zbliżających się kroków. Okno otworzył ten irytujący chłopak, który był na wzgórzu. Kot spojrzał nań wyniośle, machnął ogonem i rzekł:
-Pakuj się, wyjeżdżamy. I zaprowa...
-Pani Mercinda cię przysłała? Juhuuu! Wreszcie mnie zawiezie do zamku, żebym był rycerzem! Juhuuu! Jupijajej! - młodzian zaczął podskakiwać szaleńczo, machając rękami i o mało nie uderzając Kapciucha.
-Erjon! Przymknij się! - wrzasnął jakiś mężczyzna w domu. - I zamknij to okno, wracaj do swojego pokoju i siedź tam cicho.
Kapciuch wskoczył do domu, powęszył sekundkę i potruchtał na piętro, gdzie wyczuł obecność dwóch kobiet. Istotnie, w małej izbie, siedziała około czterdziestoletnia kobieta i prawdopodobnie jej córka, mająca jakieś siedemnaście lat. Przerwały szydełkowanie, urwały prowadzoną rozmowę i obie zwróciły wzrok na zwierzę.
-Mercinda kazała przekazać, że smok wreszcie zniósł jajo. Podobno będziesz wiedziała o co chodzi. Pomóż swojemu chłopakowi się spakować, za pięć minut chcę wrócić do domu Mercindy - oświadczył, nie zważając na wzdrygnięcie kobiet, kiedy się odezwał.
Matka Erjona wstała, odłożyła robótkę i ze spokojem podeszła do Kapciucha. Z wahaniem położyła dłoń na jego łbie. Kot mimo woli zamruczał i przymrużył oczy.
-Czy to naprawdę już? - spytała.
-Nie wiem czy to już. Wiem tylko, że Mercinda mówiła, żebym ci to przekazał i przekazałem.
-Niechaj i tak będzie - odparła kobieta i wyszła z pokoju.
Kapciuch rozsiadł się na wiklinowej skrzyni i rozejrzał się po pokoju. Izba była skromna, ale przytulna. Siostra Erjona wpatrywała się w kocura wielkimi niebieskimi oczami. Dziwne, pomyślał Erjon ma oczy brązowe, a reszta jego rodziny niebieskie... Panowała niezręczna cisza. Dziewczyna zaparła się rękoma o fotel i nie odrywała oczu od Kapciucha. Ten spojrzał na nią pytająco, a ona szybko odwróciła głowę. Zadowolony kot usiadł wygodniej i potrząsnął łbem. Zauważył, że od jakiegoś czasu nie słyszy nieznośnego bzyczenia. Machnął ogonem i zastanowił się, kiedy i gdzie ostatnio widział Jjika. Westchnął, wyglądało na to, że zgubił go dawno temu. Carrie na pewno by tak łatwo się nie oddaliła. To była dopiero świetna łowczyni i towarzyszka. Nie była niedoświadczona, jak należało się spodziewać. Nie, była tak samo dobra jak on. A to nie lada wyczyn.
Do pokoju wróciła matka Erjona i ukłoniła się przed Kapciuchem.
-Jesteśmy gotowi, panie - rzekła.
* * *
-Wstawaj, śmieciu.
Potrząsnął głową, potarł klamry na przegubach.
-Powiedziałem wstawaj!
Poczuł kopnięcie w brzuch, silne i celne. Stęknął cicho, zebrał siły i uklęknął. Próbował podnieść się, ale nogi odmówiły posłuszeństwa i znów osunął się na ziemię. Kolejne kopnięcie, tym razem w lewe kolano. Usłyszał jęk, dobiegający spod, jak mu się zdawało, ściany. Obejrzał się w tamtą stronę, dojrzał dziewczynę, skuloną w pozycji embrionalnej. Trzymała się za lewe kolano.
-Tak, tak. Wiemy, że jesteście złączeni. Jeżeli nie powiesz nam tego co chcemy usłyszeć, zrobi to ona. Brzydzę się wami - dodał mężczyzna i splunął Calebowi w twarz.
W chłopcu zapłonął gniew. Starł rękami gęstą ślinę z policzka. Z wysiłkiem podniósł się. Stanął przed śmierdzącym i brudnym mężczyzną o długich, tłustych włosach, które kiedyś były koloru blond, teraz zaś wyglądały na czarne.
-I o to chodziło - śmierdziel wyszczerzył się w okropnej parodii uśmiechu. Złapał go za kołnierz płóciennej koszuli. - Idziem, panie ślicznoś.
Prowadził Caleba ciemnymi, kamiennymi korytarzami, oświetlonymi tylko kilkoma smętnymi pochodniami. Smród bijący nie tylko od przewodnika, ale i z głębi korytarzy wyciskał łzy z oczu i kręcił w nosie. Co jakiś czas spod nóg uciekały w panice szczury, na twarz spadał pająk, stopa natrafiała na odchody. Kiedy Caleb się wywrócił, prowadzący go mężczyzna podniósł go brutalnie za łańcuchy na rękach. W końcu po, jak się wydawało, kilku godzinach, dotarli do pomieszczenia, w którym było jaśniej. W środku było kilka innych osób. Chłopak musiał polegać na węchu, bo na głowę znów zarzucono mu wór. Posadzono go na krześle, ściągnięto łańcuchy. Ktoś nad nim stanął. Pachniał drogimi szatami, kąpielą i młodą dziewczyną.
-Ściągnijcie mu ten worek. Panowie, jak traktujecie gościa? Wstydźcie się panowie, wstydźcie. Nie wolno tak, to bardzo nieuprzejme z waszej strony.
Posiadacz głosu w istocie wyglądał na czystego i zadbanego. Na oko dochodził pięćdziesiątki, miał szpakowate, ciemne włosy i pod kolorowym ubraniem rysowały się mięśnie.
-Witaj, przyjacielu! - zawołał dobrodusznie, patrząc na Caleba. - Wybacz tym nieokrzesanym świniom, już od dawna nie mieliśmy gości. Trochę ich poniosło.
-Co z moją siostrą?
Bogacz usiadł wygodnie na fotelu przed chłopcem i złączył ze sobą palce obu dłoni. Patrzył sponad nich na rozmówcę fioletowymi, bystrymi oczami, które miały pionowe źrenice.
-Została już przeniesiona do moich najlepszych komnat, służba się nią zajmie. Mówiłem tumanom, żeby od razu was ulokować w miłych pokojach, naprawdę mi przykro, że nie posłuchali. Mam nadzieję, że ta drobna omyłka nie zawadzi naszej przyjaźni, co chłopcze? - uśmiechowi mężczyzny nie dało się oprzeć, był szczery, dobry i tak serdeczny, że Calebowi serce zabiło mocniej. Może naprawdę znaleźli się u kogoś, kto - dla odmiany - nie chce ich zabić? - Ach, zapomniałbym! Jestem sir Benjamin Lajer Albertus Klechdaww IV. Miło mi cię poznać. A ciebie jak zwą?
-Caleb, proszę pana.
-A twoją siostrę?
-Caliana. Ale wszyscy mówią na nią Cali.
-A więc, jesteście rodzeństwem?
-Tak, proszę pana. Bliźniętami.
Do sali wpadł strażnik. Wypadła mu zdezelowana halabarda, poturlała się po ziemi. Zanim ją podniósł łypnął przerażony na Lajera i podbiegł do niego. Szepnął mu coś na ucho, a twarz Lajera stężała. Odprawił strażnika, który po drodze zabrał swoja halabardę.
-Żałuję, lecz niestety muszę cię opuścić, chłopcze. Dokończymy rozmowę później, a na razie Alabaster odprowadzi cię do twoich komnat. Mam nadzieję, że będzie ci w nich wygodnie.
To rzekłszy, Lajer wyszedł dumnym krokiem, za nim powiewały jego szaty. Caleb wstał. Przed nim pojawił się paź, w czerwonym stroju i zielonych bucikach. Ukłonił się nisko i polecił, aby Caleb poszedł za nim. Przeszli do innego skrzydła pałacu. Korytarze tu były już czyste, z czerwonymi dywanami, złotymi lichtarzami, kryształowymi żyrandolami i kosztownymi obrazami w pozłacanych oprawach. Liczne kadzidełka powtykane tu i tam w kompletne zbroje z barbarzyńskich czasów, wytwarzały miły dla nosa zapach.
Alabaster stanął przed ciemnymi drzwiami ze złotymi zdobieniami i położył dłoń na klamce.
-Tutaj są twoje pokoje, panie. Czy mam pana zaprowadzić do pokoi pańskiej siostry?
-Jakbyś mógł.
-Proszę za mną.
*
-Caleb!
W pierwszej chwili nie poznał jej. Nie poznał tego jak pachniała. Kiedyś czuł stare ubrania - nie zawsze czyste – zaschnięte błoto i łajno na butach, pot i niezidentyfikowany zapach, który, kiedy zamykał oczy, widział jako fioletowy kolor. A teraz? Owszem, fioletowy kolor był, ale przyćmiony perfumami, mydłem, olejkami i nowymi szatami. Popatrzył na nią jeszcze raz. Wyglądała jak królewna. Wyglądała też na szczęśliwą. Tak bardzo, jak jeszcze nigdy. -Co się tak patrzysz? – spytała ze śmiechem, po czym zrobiła piruet, prezentując suknię. – Piękna, prawda? -No całkiem w porządku. A skąd ją masz?
-Od Bridget oczywiście.
Caleb spojrzał na siostrę jak na nieznajomego. Od kiedy szczebiotała jak niedorozwinięta, rozpieszczona córka bogacza?
-Nie patrz tak na mnie bracie! Czyżbyś nie poznał jeszcze Bridget? Och, nie martw się, jest cudowna, jest starsza, ale jest taka miła. I rozmawia ze mną, opowiada ciekawe historie. Czy wiedziałeś, że jest tu pewien chłopiec, który ma na imię Alabaster? Cóż za zabawne imię, nie uważasz? Brid mówi, że jest bardzo przystojny, choć chodzi w dziwnych ubraniach...
-Cali! – Zawołał Caleb, łapiąc się za uszy. –Co się z tobą dzieje?!
-Dobrze. Wyruszamy jutro o świcie. Za godzinę przyjdzie Hugon z zapasami, o które go prosiłam... Erjon! Nie dotykaj tego! Dalej... Ostatnie Drzewo Allellulljasza znajduje się w Redunie, blisko granicy... Cholera to i tak daleko, nie zdążymy. Erjon na bogów! Usiądź spokojnie i niczego nie ruszaj.
Upomniany po raz kolejny tego wieczoru chłopak usiadł rozczarowany na stołku w kącie. Zamknął oczy, żeby wszystkie otaczające go przedmioty nie kusiły go. Chodząca wokół Mercinda powtórnie zgromiła go wzrokiem i wróciła do czytanego planu podróży. Kapciuch leżał przy kominku i patrzył w ogień. Jjik siedział markotny na jego głowie i zastanawiał się, czy bardzo będzie bolało, kiedy w niego wleci. Klekotał co jakiś czas bezwiednie szczękoczułkami, co irytowało Kapciucha, ale kocur postanowił nie zwracać na to uwagi. Jest przecież dużo mądrzejszy, nie będzie dawał się prowokować MRÓWCE.
Mercinda tymczasem studiowała mapę. Jeśli dobrze liczyła – w co nie wątpiła – dzielił ich od Drzewa Allellulljasza miesiąc drogi. A żeby przepowiednia się wypełniła, Erjon musiał wypowiedzieć życzenie w miejscu swego urodzenia. Kolejne dwa tygodnie drogi od Drzewa. W tym czasie wojsko zdąży zniszczyć większą część kontynentu, nie będzie już czego ratować. Czasami żałowała, ze pisała takie pokrętne przepowiednie.
* * *
-Dobrze. Wyruszamy jutro o świcie. Za godzinę przyjdzie Hugon z zapasami, o które go prosiłam... Erjon! Nie dotykaj tego! Dalej... Ostatnie Drzewo Allellulljasza znajduje się w Redunie, blisko granicy... Cholera to i tak daleko, nie zdążymy. Erjon na bogów! Usiądź spokojnie i niczego nie ruszaj.
Upomniany po raz kolejny tego wieczoru chłopak usiadł rozczarowany na stołku w kącie. Zamknął oczy, żeby wszystkie otaczające go przedmioty nie kusiły go. Chodząca wokół Mercinda powtórnie zgromiła go wzrokiem i wróciła do czytanego planu podróży. Kapciuch leżał przy kominku i patrzył w ogień. Jjik siedział markotny na jego głowie i zastanawiał się, czy bardzo będzie bolało, kiedy w niego wleci. Klekotał co jakiś czas bezwiednie szczękoczułkami, co irytowało Kapciucha, ale kocur postanowił nie zwracać na to uwagi. Jest przecież dużo mądrzejszy, nie będzie dawał się prowokować MRÓWCE.
Mercinda tymczasem studiowała mapę. Jeśli dobrze liczyła – w co nie wątpiła – dzielił ich od Drzewa Allellulljasza miesiąc drogi. A żeby przepowiednia się wypełniła, Erjon musiał wypowiedzieć życzenie w miejscu swego urodzenia. Kolejne dwa tygodnie drogi od Drzewa. W tym czasie wojsko zdąży zniszczyć większą część kontynentu, nie będzie już czego ratować. Czasami żałowała, ze pisała takie pokrętne przepowiednie.
* * *
Gytfryd padł na kolana za ścianą na wpół zwęglonego domu. Usiadł w błocie i przywarł plecami do ściany. Dookoła rozlegały się krzyki jego przyjaciół i bliskich. Wyły zabijane psy. Darły się mordowane koty. Woń brudu i zwierząt przyćmił obezwładniający zapach świeżej krwi. Jako niegdysiejszy rzeźnik był wyczulony na krew. Oglądał jej w życiu dużo, ale to, co działo się na ulicach uginało pod nim nogi. Kręciło mu się w głowie. Już dawno zwrócił śniadanie, ale i tak zbierało mu się na wymioty. Obok przemknął oddział najeźdźców. Gytfryd wstrzymał oddech. Jestem niewidzialny. pomyślał. Siedział w ciszy. Stopniowo zgiełk toczonej walki ustawał. Coraz cichsze pojękiwania i krzyki w agonii zanikały. W końcu nastał spokój. Zapadał zmierzch.
Mężczyzna powoli uniósł się, stanął chwiejnie i rozejrzał z przestrachem dookoła. Nic się nie poruszało, żadna mysz nie przebiegła przez zaułek. Ostrożnie stawiając stopy ruszył przed siebie. Wziął głęboki wdech, zamknął oczy. Wyszedł z zaułka na główną drogę. Rozwarł nieco powieki i zamknął je z powrotem. Po policzku pociekła samotna łza. Zdobył się na odwagę i popatrzył na drogę. Wszędzie leżały zmasakrowane ciała. Jedyne o czym teraz myślał, to odnalezienie ukochanej. Stąpał cichymi ulicami, omijając zwłoki ludzi i zwierząt. W słabym świetle kończącego się dnia wieś wyglądałaby malowniczo, gdyby nie ciała i spalone prawie do ziemi domy. Ze zgliszczy unosił się jeszcze dym, gdzieniegdzie dogasały słabe płomienie. Szedł zatykając nos i próbował dojrzeć choć jednego ocalałego. Szukał wzrokiem Skarlet, jego małżonki. Dotarł do ich wspólnego domu. Po ongiś pięknym domku pozostał stos niedopalonych belek i cegieł. Cały ich dobytek, wszystko na co pracowali, wszystkie jego projekty spłonęły. Dlaczego nie posłuchał Skarlet i nie kupił tej ognioodpornej komody, kiedy byli na targu w Brenston? Dlaczego nie nauczył jej jak być niewidzialnym? Może by przeżyła... Nie wolno mu tak myśleć, musi ją odnaleźć.
Obszedł dookoła pozostałości stodoły. Na krzaku wisiał kawałek jej sukienki. Zielony materiał falował na wietrze i nie dojrzałby go, gdyby nie poświata od ogniska, bijąca zza zagajnika. Z bijącym sercem podszedł do krzaka i wziął skrawek tkaniny. Nieomal czuł na niej dotyk ciała Skarlet. Wiedział gdzie musi iść. I wiedział co zobaczy.
-Jestem niewidzialny.- szepnął.
Przedarł się przez krzaki. Nieopodal zauważył porzucony pantofelek. Przestąpił go ostrożnie i wyszedł na polanę. Pośrodku płonął stos usypany z ciał, zwęglone zwłoki co jakiś czas wypadały ze stosu i turlały się po trawie. Przez płomienie widać było usypany niedaleko drugi stos. Ludzie w nim pojękiwali i postękiwali, często oślepieni i okaleczeni. Po polanie kręcili się żołnierze w czarnych zbrojach i co jakiś czas dorzucali coś do ognia, czasem były to gałęzie, innym razem kolejny człowiek. Takowy był już zbyt zmęczony uprzednimi torturami żeby krzyczeć, wił się po prostu w objęciach śmierci, by po chwili ktoś inny przygniótł go swym ciężarem.
-Kapitanie! Pan popatrzeć, ona mieć coś w środku!
Zaciekawiony Gytfryd podkradł się bliżej wołającego żołnierza i zajrzał mu przez ramię.
Na ziemi leżała goła kobieta, a jej głowę przykrywała brudna szmata. Ręce jej odrąbano, nogi nienaturalnie szeroko rozsunięto. Brzuch został rozpłatany, a z rozszarpanych wnętrzności wystawała mała, nieukształtowana do końca rączka.
Kapitan podszedł do kobiety i trącił ją ciężkim, okutym metalem butem.
-Coś się zdaje, że niedługo mielibyśmy o jednego obrzydliwego człowieka więcej do zabicia. – powiedział i splunął. Odszedł i dla zabawy zmiażdżył leżącemu obok wieśniakowi dłoń buciorem.
Żołdak podążył za nim, a Gotfryd delikatnie odsłonił twarz kobiety.
Niegdyś złote jak kłosy pszenicy loki posklejane były błotem, a delikatnie zaróżowione policzki umazane mieszanką krwi i szlamu. Jedno błękitne oko patrzyło z przerażeniem w niebo, po drugim zaś został tylko pusty oczodół. Kształtne wargi były nieco rozchylone, wystarczająco by ujrzeć brak zębów. Wszędzie widniały rany i zadrapania.
Mężczyzna zawył z bólu i bezsilnej wściekłości. Dotknął jeszcze raz w rozpaczy policzka ukochanej i pozwolił, by skapnęła na niego łza. Dookoła nastała cisza, a żołnierze podeszli bliżej żeby zobaczyć co jest źródłem hałasu. Jeden wyjątkowo nieostrożny stanął za blisko Gytfryda i ten wyrwał mu miecz z pochwy. Żołdak pokręcił głową i cofnął się o krok. Gytfryd postąpił do przodu unosząc klingę i pchnął go między zachodzące na siebie części zbroi. Potem upuścił broń, nie patrząc na upadające ciało i wycofał się pod krzaki. Zdezorientowani żołnierze popatrzyli po sobie.
-Ukaż się! – wrzasnął kapitan. – Ukaż się, abyśmy mogli cię ubić.
-Dlaczego to robicie? – zapytał Gytfryd.
-Bo lubimy – wyszczerzył się w przerażającym uśmiechu, po czym warknął.- Lubimy zabijać. I nie lubimy życia. Logiczne więc jest, abyśmy zniszczyli życie.
-A więc zasługujecie na potępienie! – zagrzmiał Gytfryd, na co na polanie rozległ się śmiech.
-Potępienie? Nie odważy się nas tknąć, bo nie wyjdzie z tego cało!
Na odzew kapitana reszta bandy uniosła bronie i pięści i wzniosła złowieszczy okrzyk.
-Poniesiecie karę!
-Poniesiecie karę!
-Nie boimy się kary. Jesteśmy tylko trybami w maszynie śmierci. Mielemy bezlitośnie wrzucone pomiędzy nas ziarnka życia i nigdy nie przestaniemy, bo niczym smar jest dla nas uciecha z mordu.
-W takim razie sam was ukarzę!
Żołdacy ryknęli śmiechem, co tylko rozwścieczyło Gytfryda bardziej i pchnęło do podniesienia miecza z powrotem z ziemi. Dowódca uciszył gestem podwładnych i przekrzywił głowę. Uśmiechnął się i padł na kolana.
-Czekam na karę. No proszę, ukarz mnie.
Założył ręce za plecy. Stojąca za nim kompania spięła się, gotowa bronić przywódcę.
-Pięć kroków w tył! – wrzasnął dowódca, po czym spojrzał wyczekująco na miejsce gdzie stał Gytfryd.
Ten postąpił krok do przodu.
-W imię Tahyda, miłosiernego pana mojego, oraz w imię całego Stearu, mych królów i przewodników karzę ciebie za wszelakie zbrodnie! Kara jest słuszna, bo tako rzecze mój pan i władca Tahyd! – zawołał unosząc miecz nad głowę.
Stanął nad uśmiechającym się drwiąco kapitanem. Popatrzył na niego raz jeszcze i uderzył.
* * *
-Czy życzy sobie, szanowna pani, abym przygotował coś jeszcze? – Hugon stanął w progu kuchni i spojrzał na Mercindę. Widać było, że spieszno mu do domu.
-Ależ nie, nie. Możesz iść. – odpowiedziała zamyślona magiczka.
Pochylała się nad starą i pożółkłą księgą. Tomiszcze obite było w czerwoną skórę, ręcznie farbowaną przez elbejskich druidów. Metalowe klamry i zawiasy były przerdzewiałe, cud że się trzymały w jednym kawałku. Cała pokreślona była dziwnymi runami, tak że zdawało się, iż skóra nie jest czerwona a czarna. Znaki nakładały się na siebie, tworząc plątaninę nie do odczytania, ciężko nawet było dostrzec samotną kreskę w gąszczu zawijasów. Hugon był ciekawy, o czym traktuje księga, ale pytanie uwięzło mu w gardle, na widok schodzącego ze schodów potwora.
Potwór ów miał długie kły, wystające z paszczy, czarne postrzępione skrzydła oraz czerwone ślepia. Z pyska wyciekały gęste strumienie śliny, a gdy zmarszczył nos, ukazując przerażonemu mężczyźnie zęby, większość spłynęła i rozbryznęła się na drewnianej podłodze. Czarne, skudłacone kłaki posklejane były brudem i śmierdziały niemiłosiernie, jakby ktoś zamoczył ścierę w odchodach i krwi, po czym zostawił ją do skiśnięcia w piwnicy pełnej kiszonej kapusty i zgniłych jaj. Cielskiem zajmował przynajmniej pół pomieszczenia, dopasowując się kształtem do stojących wszędzie mebli. Warknął raz jeszcze, po czym posadził zadek na rozmazanej szponiastymi łapami ślinie.
-A tak. Hugonie, to jest Stary Lemiesz, Potwór z Puszki. Mój przyjaciel takie robi.
Na dźwięk imienia Stary Lemiesz potrząsnął łbem i zamerdał zbyt krótkim ogonem.
-Uroczy – pisnął Hugon i wybiegł z domu.
Niestety, coś mi się tenteguje przy wrzucaniu i całe misterne formatowanie w Wordzie się sypie...
Jutro postaram się bardziej! c:
Do miłego, Pać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz