Na słodki początek...
Mój najukochańszy tekst, oczko w głowie, a zarazem to on nie pozwala mi spać po nocach...
Cóż. Pierwszy rozdział wraz z niewiarygodnie wręcz krótkim prologiem raz proszę.
Prolog
Rozdział 1
Mercinda wrzuciła do kociołka garść ziół, buchnął zielony dym. Siedząca pod oknem kobieta rzuciła niespokojne spojrzenie wiedźmie.
-To tak miało być? - spytała.
-Owszem - mruknęła zapytana, po czym dodała - twój mąż ma problemy z żołądkiem, więc pomoże mu wywar z ziół Elbmorta.
-Ale ta para nie wyglądała zbyt miło - wydukała kobieta.
-Twój mąż nie dostanie pary, tylko wywar. Podaj mi ten słoik, jeśli łaska.
Kobieta wstała i niepewnie podeszła do półek. Chwyciła ostrożnie jeden ze słoi, jak gdyby był robakiem i położyła na stole przed wiedźmą. Ta wlała do środka trochę zielonkawego płynu. Następnie zakręciła go i wręczyła kobiecie.
-Ma to pić po każdym posiłku. Nie więcej niż łyk. No, idźże już. I pozdrów matkę.
Kobieta skinęła głową i podążyła do wyjścia. W drzwiach minęła przerażonego chłopca z białym kijem w pulchnej dłoni. Udając spokój, przeszła za róg domu i ruszyła biegiem do męża.
* * *
-Nie, psze pani - młodzieniec usiadł na krześle. - Ale, psze pani, widziałem coś strasznego.
-Cóż to takiego było, chłopcze? - Mercinda zamieszała w garze umieszczonym nad paleniskiem.
-No więc, poszłem ja na górę. I tam zobaczyłem kurz.
-Naprawdę?
-Tak, psze pani - ciągnął niezrażony. - A w tym kurzu były tarcze. Czarne tarcze. I czarne hełmy. I błyskało coś. Pewno miecze.
Mieszająca w garze ręka zamarła w bezruchu.
-Powinieneś iść z tym do wójta, Er.
-Ale, psze pani, ostatnio jak żem tam był, to on mnie wziął i wyrzucił.
-Już ci nie wierzy?
-Nie, psze pani.
-I przychodzisz tu, jak rozumiem, żebym to ja opowiedziała wójtowi o kurzu?
-Aha - chłopak pociągnął nosem.
-Ech, Erjon. I co ja mam z tobą zrobić?
-Nie wiem, psze pani.
-Dobrze, pójdę do wójta i opowiem mu o kurzu.
-Dziękuję, psze pani - smarknął Er.
-A jak się czuje twoja babka?
-Chyba dobrze, psze pani, bo jak ją ostatnio widziałem, to rzuciła we mnie kubkiem. Coś mówiła, że do roboty mam się wziąć, a nie z kijem po wsi łazić. I że w ogóle co to jest, że dzieciaki teraz łażą, a nie, cośtam. Nie usłyszałem co, bo mnie mamusia wygoniła.
-Dobrze Er, mam dla ciebie bardzo ważne zadanie. Dasz radę je wykonać?
Chłopak poderwał się i podskoczył z entuzjazmem.
-Taa jest! - krzyknął.
-Dobrze, weźmiesz to i zaniesiesz na wzgórze za wsią. Tam gdzie kiedyś zostałeś złapany na podjadaniu jabłek z sadu kowala. Postaw to ładnie obok tego wielkiego kamienia i poczekaj na mnie. Nie otwieraj tego. Nie pozwól nikomu tego tknąć, rozumiesz? I ostrożnie, bo jest to bardzo cenne i rzadkie. Zrozumiałeś Erjon?
-Tak, psze pani. Ale myślałem, ze karze mi pani zabić smoka, albo coś ważnego - jęknął chłopak.
-To Er, jest ważniejsze niż zabicie smoka. Jeśli tego nie zrobisz, stanie się coś bardzo, bardzo złego. Leć już. I nie zatrzymuj się po drodze! - krzyknęła Mercinda za wybiegającym chłopcem.
Patrzyła za nim chwilę, po czym odwiązała fartuch, który widział początek czterech światów i poszła do wójta.
Szła przez wioskę, odpowiadając skinieniem głowy na pozdrowienia przechodniów. Każdy ją szanował, zauważyła zadowolona, nawet przyjezdni, nic o niej niewiedzący, woleli jej się nie narażać. Stanęła przed drzwiami okazałego domu i zapukała. Rozległy się ciężkie kroki i drzwi otworzyły się z rozmachem.
-Wójt nie przyjmuje dzisiaj gości - warknął barczysty mężczyzna w futrze niedźwiedzia.
-Jestem pewna, że ja stanowię wyjątek - rzekła Mercinda.
-Ach, to pani. Przepraszam panią najmocniej, nie poznałem pani, proszę pani. Proszę, niech pani wejdzie, proszę pani.
-Zbyt często używasz słowa "pani", Arnoldzie.
-Przepraszam, proszę pani. Już nie będę, proszę pani - mężczyzna zaprosił ją gestem do domu.
-Z pewnością.
-Proszę, niech pani za mną pójdzie, proszę pani.
Ruszyli po schodach, Mercinda usłyszała chichot dziewcząt. Uniosła brwi, ale nie powiedziała nic. Arnold zapukał w bogato rzeźbione, dębowe drzwi. Chichot umilkł.
-Czego?!
-Tatku, przyszła do ciebie pani.
-Przecież mówiłem - w progu stanął wójt z wykrzywioną złością twarzą i śladem szminki na policzku. - Mówiłem ci, tłumoku, że nikogo nie... - jego oczy napotkały twarz Mercindy, pokłonił się. - Witam, wielmożna pani, w czym mogę służyć? Może wielmożna pani, zechce wejść?
-Dziękuję za zaproszenie, Albrechcie - rzekła magiczka i weszła do pokoju, dziewczęta w rozchełstanych koszulach oblały się rumieńcem i jęły ze wstydem zakrywać swe wdzięki. - Witajcie, Aneto i Elizo.
-Dzień dobry, proszę pani - odrzekły chórem bliźniaczki.
Zażenowany wójt podrapał się po karku, odchrząknął.
-Możecie iść, moje drogie - burknął.
Wychodząc, dziewczyny pogłaskały go po policzkach, każda z innej strony.
-Myślałam, że Judith zabroniła im tu przychodzić.
-Pojechała na fałszywy targ, w Brenston.
-Sprytne - Mercinda dotknęła portretu wójtowej. - Ale nie przybyłam tu, aby rozprawiać o twoich skokach w bok, Albrechcie. Widzisz, dowiedziałam się o czymś dziwnym.
-Mianowicie?
-Wojsko. W stronę naszej wsi maszeruje wojsko. I to nie byle jakie.
-Skąd jest to wojsko? Z Krolfillu? Z Redun?
-Znikąd.
-Jak znikąd? Merci, chyba sobie ze mnie nie żartujesz?
-Nie żartuję. Tarcze i hełmy są czarne. Całe czarne. Bez znaku najmniejszego. Wojsko porusza się bez chorągwi, niczego innego. Po prostu, do nikogo nie należy. Do żadnego władcy tego świata.
-Ciekawe zjawisko -mruknął wójt. - Od kogo to wiesz?
-Od mojego zaufanego przyjaciela - Mercinda rozsiadła się na wielkim fotelu przed kominkiem. Ogień w palenisku wesoło trzaskał, rozświetlając wpatrzoną weń twarz magiczki.
-No już, wyjaw mi jego imię - wójt pochylił się nad nią i zajrzał głęboko w oczy, unosząc prawy kącik ust. W oczach rozbłysły szarmanckie iskierki.
-Nie łap mnie na swoje sztuczki, Albrechcie. I tak na mnie nie działają.
-Zapomniałem - wójt westchnął i wyprostował się. - No więc? Kto ci opowiedział o domniemanym wojsku?
-Erjon, jeśli już tak bardzo pragniesz wiedzieć.
-Ha! Tak myślałem. I to jest ten ZAUFANY informator?
-Ano.
-Hem, hem. To inaczej, wiesz ile razy Erjon gadał wszystkim, że zbliża się wojsko, pożar, meteor, lub inne badziewie? - wójt zaczął gwałtownie przechadzać się po pokoju, wyrzucając ręce w powietrze przy każdym słowie.
-Dużo? - Mercinda chuchnęła na paznokcie i jęła polerować je o płaszcz.
-Bardzo dużo. I zawsze, powtarzam, ZAWSZE okazywało się, że kłamie.
-Zwłaszcza wtedy, gdy spłonęło pół wioski.
-To się nie liczy - burknął wójt.
-Liczy, Albrechcie, liczy. No dobrze, wróćmy do tematu. Wojsko, bez godła, nie wiadomo skąd, w astronomicznych ilościach maszeruje w tę stronę. Po drodze zapewne plądrują wsi, miasteczka. Mordują, torturują... Prawdopodobnie na ich drodze jest nasza wieś. Chcesz zaryzykować życie twoich znajomych, podwładnych i rodziny? Dla tego, bo jesteś zbyt dumny by zaufać Erjonowi?
-Chłopakowi głupota uderzyła do łba. Merci, ty naprawdę w to wierzysz?
-A wierzę. Bo widzisz, jest taka przepowiednia...
-Oj, dajże już z nią spokój - przerwał jej wójt.
-Nie przerywaj mi! - Mercinda poruszyła dłonią, w pokoju pociemniało, powietrze zafalowało niosąc ze sobą chłód. - Nie waż się przerywać mi, Albrechcie! Nigdy więcej - pojaśniało, powietrze się uspokoiło.
-Dobrze już dobrze, Merci, co się tak denerwujesz? - wójt na wszelki wypadek cofnął się o krok.
-Bo to poważna sprawa, a ty jak zawsze nie chcesz słuchać! Już? Mogę kontynuować?
-Tak, tak, oczywiście - zapewnił prędko wójt.
-Dziękuję ci łaskawie - powiedziała z przekąsem Mercinda. - Jeśli dobrze pamiętasz, a nie wątpię w twą pamięć, dawno temu pewna wieszczka wypowiedziała przepowiednię. Według tejże przepowiedni, świat ma przestać istnieć. Lecz dopiero po tym, gdy zostanie zbawiony przez wybrańca. Krótko mówiąc, wybraniec, uratuje świat przed ogromnym i strasznym zagrożeniem, a jakiś czas później i tak to wszystko szlag trafi. Jednakowoż, bezboleśnie, bez strachu i paniki. Szybko i milutko. Nikt się nawet nie zorientuje. A wielkim zagrożeniem, które stłamsić ma wybraniec, jest wojsko. Nie wiadomo skąd, dlaczego. Będzie zostawiać za sobą pożogę i ziemię mokrą od krwi. Żadna armia im nie dorówna. Nie szczędząc dzieci, kobiet i starszych, będą mordować. Nie będą grabić, gwałcić, czy wykorzystywać na wszelkie inne sposoby. Będą tylko mordować. Nie wzdychaj mi tu z ulgą, Albrechcie. Bo sposobów na mord jest wiele. Od pchnięcia mieczem, po wrzucenie w worze do ognia.
-Tylko bezduszne stworzenia są w stanie tak zabijać - wtrącił wójt.
-A czym są ludzie? - zapytała magiczka. - Czyż to nie ludzie katują zwierzęta i siebie nawzajem? I to tylko dla uciechy? Czyż to nie ludzie bestialsko, prawie doszczętnie wyplenili krasnoludy, elfy, smoki, niziołków? Wszystko co inne, niezrozumiałe, musi zginąć. Elfki były gwałcone, wkładano w nie rozżarzone pogrzebacze tylko po to by zobaczyć czy je boli. I czy boli je tak samo jak ludzkie kobiety. Pomyśl, skąd mieli porównanie? To robił człowiek. A wojsko, które zobaczył Er, nie składa się z ludzi. Nie znajdziesz też tam krasnoludów, elfów, wampirów, czy innych humanoidów. Jest to pył, zlepiony w jedno, obdarzony nikłą inteligencją. Jakimś cudem, umie się poruszać, a nawet mówić. Nie je, nie śpi. Jest złem i zniszczeniem. Nikt nim nie dowodzi. Nie da się go zabić, bo po prawdzie nie jest żywy. Ale odczuwa radość, nienawiść i złość. Radość tylko w jednym przypadku, choć może nie radość, a zadowolenie, swego rodzaju euforię, mianowicie, gdy sprawia ból.
Wójt zamknął rozdziawione usta.
-Czyli kiedy zabija? - spytał.
-Tak dokładnie. Ale zawsze przed śmiercią, ofiara jest torturowana. Nawet nie wyobrażasz sobie, jak potwornie. Jego jedynym powołaniem, jedynym celem, jest niszczenie. Niszczenie życia. We wszelkiej postaci.
-Ale... - wójt przełknął ślinę. -Ale chyba...
-Chyba co?
-Chyba nie przyjdą tu, co nie?
Mercinda uniosła wzrok ku powale, westchnęła.
-Nawet jeśli teraz nas ominą, to wrócą. Zniszczą wszystko. Wszystko. Nawet jeśli się pochowamy w najgłębszych i najlepiej ukrytych pieczarach, i tak nas znajdą.
* * *
Erjon przestąpił z nogi na nogę. Przymrużył oczy, zgarnął dłonią włosy nawiewane przez wiatr na twarz. Czy to tylko przywidzenie, czy w dole rzeczywiście zamajaczyła postać? Jednak tylko złudzenie. Powiódł wzrokiem po miejscu, w którym stał. Wielki biały głaz, wbity w ziemię dwa kroki dalej, jaśniał dziwnym blaskiem. Troskliwie złożona obok szkatuła, zdawała się być niewiarygodnie ciężka. Mosiężne zdobienia okalały potężny zamek, do którego nie pasował żaden normalny klucz. Pasujący klucz winien być duży i stary, z wieloma zębami. Erjon widział podobny klucz tylko raz. Kiedy, nie pukając, wszedł do domu Pani Mercindy, a tam była jakaś jeszcze kobieta. Pani Mercinda pokazywała jej wielki powykręcany przedmiot, a na stole leżała otwarta szkatuła spoczywająca teraz koło kamienia. Potarł prawy pośladek. Oj, bolało... Uśmiechnął się. Pewno dalej mam bliznę...
Z zamyślenia wyrwał go chrzęst. Ścisnął swój kij i rozejrzał się dookoła z przestrachem. We mgle, która pojawiła się nie wiedzieć kiedy, ujrzał niewyraźną sylwetkę.
-Kim jesteś?! - wrzasnął. - Ani kroku dalej! Ostrzegam!
-Na bogów, Er! Aleś się wczuł w rolę! - zaśmiała się Mercinda. Mgła zniknęła.
-O, to pani. Bo ja, psze pani, jestem dobrym ochroniarzem. Gdyby nie to, że zostanę rycerzem, był bym ochroniarzem. - chłopak wypiął dumnie pierś.
-Nie wątpię, Er. No, pomóż staruszce załatwić ważną sprawę. Podaj mi tę szkatułę, jeśli łaska.
-Pani nie jest stara, psze pani - mamrotał Erjon, podając jej kuferek.
Magiczka poleciła mu odsunąć się, wyciągnęła zza pazuchy klucz i przekręciła go w zamku. Wieko odskoczyło z trzaskiem. Z wnętrza uleciała śmierdząca para, Mercinda odchyliła głowę. Erjon zajrzał jej przez ramię do szkatuły. Jęknął zawiedziony, bo na dnie był tylko korzeń. Owszem, był duży, pomarszczony i wyglądał na bardzo stary, ale był tylko korzeniem. Magiczka spojrzała na chłopca z rozbawieniem i wyciągnęła delikatnie ów korzeń. Wiedziała, że każdy nieodpowiedni ruch może spowodować katastrofę. Szepnęła coś niezrozumiałego i wyrzuciła korzeń w powietrze. Erjon sapnął z niedowierzaniem; korzeń, miast spaść, zawisł kilka metrów nad ziemią i począł kręcić się wokół własnej osi. Mercinda powtórzyła niezrozumiałe słowa, najpierw szeptem, potem głośniej. Korzeń stanął w błękitnych płomieniach. Magiczka krzyknęła po raz kolejny dziwne słowa. Korzeń wybuchł. Podmuch powietrza był tak silny, że zmiótł Erjona z nóg, lecz Mercinda dalej stała. Nagle, z płomieni, wśród tumanów dymu coś wypadło. Potoczyło się po ziemi i zatrzymało u stóp magiczki. Ta mruknęła "gańgra", a po korzeniu i wybuchu nie pozostało nic prócz smrodu spalenizny. Dziwny przedmiot poruszył się i stęknął. Erjon zorientował się, że to kot. Ale jakże dziwny był to kot! Cały był czarny, tylko końcówka długiego, szczupłego ogona była zielona. Wielkie czarne uszy nie przestawały się poruszać, tak samo jak końcówka ogona. Ale Erjona nie to zdziwiło najbardziej. Kot spojrzał na niego, a w wielkich oczach zwierzęcia, które były tego samego koloru co owa końcówka ogona, kryła się inteligencja. Nie, ona się nie kryla, ona wypływała z oczu, promieniowała z całej sylwetki kocura. Chłopak pomyślał, że kot musi być bardzo stary.
Mercinda tymczasem klęknęła i podrapała zwierzę za uchem.
-Tęskniłam za tobą, staruszku - szepnęła.
Kot zamruczał w odpowiedzi i spojrzał na Erjona.
-Co on tu robi? I kimże on jest? -spytał -A tak ogółem, to pozwól się spytać, po co mnie tu ściągnęłaś? -kot przycupnął i machnął ogonem, patrząc na magiczkę wyczekująco.
-Ja... - Erjon pierwszy raz widział, żeby Mercinda nie umiała wykrzesać z siebie ani słowa. - Ten chłopiec pomagał mi cię tu ściągnąć, Kapciuchu - wyprostowała się, jej głos wrócił do normy.- Na imię mu Erjon, powinieneś był się przywitać. Gdzie twoje wychowanie?
-Wybacz mi. Witaj chłopcze. Tak lepiej? Czy odpowiesz mi już na pytanie?
Magiczka westchnęła.
-Wolałabym nie mówić o tym tutaj.
-Czemu nie, psze pani? Miejsce dobre jak każde inne. Wiem, bo kiedyś będę ryc...
-Milcz, Erjonie - syknął Kapciuch. -Więc? Co uczynimy z tymże impasem?
-Pójdźmy do domu wójta! On ma ładny dom i są tam takie fajne dębowe drzwi i one się tak fajnie otw...
-Milcz! -prychnął kocur. -Mercindo?
-Pójdziemy do mojego domu -rzekła magiczka i ruszyła w dół wzgórza.
-Mam tylko nadzieję, że kochanego Erjona tam nie będzie - mruknął pod nosem Kapciuch i ruszył za swoją panią.
* * *
Wielki-czarny-kot wskoczył na fotel. Podreptał chwilę w miejscu, ugniatając materiał pod sobą pazurami. Położył się w końcu i złożył łeb na łapach. Ukryty za książkami mógł spokojnie go obserwować, bez strachu o to, że zostanie zauważony. Potem w pole widzenia weszła pachnąca-ziołami-magiczka-właścicielka-i-dobrodziejka i wielki-zielonooki-kocur przemówił.
-Więc, Mercindo. Wyjaśnisz mi łaskawie zaistniałą sytuację?
O, to może być ciekawe, pomyślał. Nie każdy może się zwracać do właścicielki-i-dobrodziejki po imieniu. Usadowił się wygodniej i wytężył słuch.
-Ściągnęłam cię, Kapciuchu, bo potrzebuję twoich życzeń. Mam nadzieję, że ich nie wykorzystałeś?
-Ha! Nie mogłaś spytać?! Lub chociaż, poczekać kilku godzin i mnie tu ściągnąć? Nawet się nie zdążyłem pożegnać... - wielki-kot-Kapciuch zająknął się.
-Z kim pożegnać? -Podchwyciła z błyskiem w oku dobrodziejka-i-właścicielka. - I odpowiedz mi na pytanie. Czy masz jeszcze życzenia?
-Nie mam! - warknął kot-Kapciuch. - Nie mam. A z kim się chciałem żegnać i dlaczego, to moja sprawa.
-Już zdążyłeś je wykorzystać?! Zawsze się ociągałeś, a teraz, jak raz są potrzebne, to je wytracasz. Jak tak w ogóle możesz, ty... Czy ty wiesz jakie to ważne? Ale nie, ty musisz...
Stracił zainteresowanie i oczyścił czułki. Stary-szary-kurz poprzyklejał się do nich. Wstał, poprawił skrzydła i potruchtał do kuchni-z-jedzeniem.
* * *
-Pewnej Lucy. Miła osóbka - Kapciuch usiadł na fotelu i popatrzył na magiczkę, przekrzywiając łeb.
-Tak z ciekawości, o co prosiła?
-Najpierw o psa...
-O psa! - wykrzyknęła Mercinda. -Ze wszystkich...
-Ekchem. Nie przerywaj. Potem, poprosiła o to, żeby jej koleżanka wyzdrowiała. W całym kraju gadali o tym "cudzie"...
-No to już lepsze - mruknęła zielarka.
-Na koniec - Kapciuch podniósł głos -na koniec, poprosiła... Poprosiła żeby ten pies, którego dostała, był taki jak ja. Umiał mówić i żeby był nieśmiertelny. Na imię miała Carrie i wreszcie miałem nie być samotny. A ty mi ją odebrałaś...
-Och, nie wiedziałam - rzekła Mercinda. Wyciągnęła rękę do kota, chcąc go pocieszyć, lecz ten się zjeżył i prychnął.
-Kto tu jeszcze jest, oprócz nas?
-Nikt. Erjona przecież odesłałam do domu...
Kapciuch zerwał się i jednym susem doskoczył do regału z książkami. Machnięciem łapy zrzucił wszystkie z trzeciej półki i obwąchał je, oraz miejsce gdzie stały. Pochwycił trop i poszedł za nim do kuchni. Wskoczył na blat stołu i zajrzał do misy z owocami. Tak, trop prowadził do tego miejsca... Powęszył wsadzając do niej pysk i przymykając oczy. Nagle coś go złapało za wąsy. Prychnął i potrząsnął łbem. Rozcapierzył łapy, wysunął pazury i stanął w wojennej pozie. Jego przeciwnik nie nadszedł. Choć poczuł jego zapach, bliżej łap, nic nie widział. Usłyszał turkotanie skrzydeł, tuż przy uchu. Miauknął i zamachnął się łapą na wroga. Trafił go. Przyszpilił do stołu i zajrzał pod łapę.
-Dobra, dobra! Poddaję się! Możesz mnie już puścić!
-Puść go, Kapciuchu - odezwała się Mercinda stojąca w progu.
-A więc wiedziałaś, że nie jesteśmy sami - mruknął i wypuścił niechętnie ofiarę.
Mrówka spojrzała nań nieprzychylnie i podreptała z powrotem do miski.
-Myślałam, że mówisz o człowieku.
-A kim ja jestem?! - z misy dobiegł krzyk, pomieszany z oburzonym klekotaniem szczękoczułek.
-Ty, jesteś mrówką - odparła spokojnie Mercinda, jakby mówiła to po raz setny, nad wyraz upartemu dziecku.
-Co to za mrówka? - spytał półgębkiem Kapciuch
-To samiec gatunku Lasius Niger. Nie wiedzieć czemu, żyje i ma się dobrze, dodatkowo jest większy niż zwykłe samce tego gatunku. Uważa, że jest człowiekiem, zaklętym w ciało mrówki. To co mogę z pewnością stwierdzić, to to, że się myli. Jest ze mną od początku tego świata.
-Nowy pupilek... -burknął Kapciuch. - No cóż. Co zamierzasz uczynić z życzeniami? I jak odeślesz mnie na Ziemię?
Może trochę o tekście?
Jego historia jest dość długa. A jego objętość jak na złość nadal marna.
Rozpoczęłam jego pisanie w drugiej klasie gimnazjum, co daje nam... Trochę ponad trzy lata.
Aż mi wstyd. :x
Do zobaczenia jutro wieczorem, kiedy to zamieszczę następny rozdział! c:
___________
EDIT: Udało mi się ogarnąć formatowanie! Taka dzielna byłam. O.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz